Istotnie, skrzydła młyna obracały się, lecz tak powolnie, że zaledwie można było dostrzec ich poruszenia. Były nastawione ku północnemu zachodowi, gdzie jeszcze niebo jaśniało dość pogodnie. Wydawało się, że młyn nie dostrzega czarnych chmur, które pokryły całą resztę firmamentu, że trwa w jakiejś tępej beztrosce, chociaż grzmoty huczały coraz wyraźniej. Nikt z czeladników nie pojawił się w drzwiach galeryjki, aby zobaczyć, co się właściwie dzieje — nic nie świadczyło, nawet najmniejszy promyczek światła, by ktoś czuwał wewnątrz młyna.

Właściciel młyna zaklął przez zaciśnięte zęby i otworzył drzwi do pokoju.

— Przepraszam was na chwilę — zawołał do wewnątrz — muszę pójść do młyna.

VI

Drzwi do czeladnej izby obok przejazdu stały otworem. Wewnątrz świeciło się. Chrystian siedział na łóżku, podparłszy głowę rękami.

Przestraszył się, gdy wszedł młynarz i spojrzał na wchodzącego niezwykłym, dzikim spojrzeniem.

— Co to znaczy, że siedzisz tutaj, a młyn się jeszcze obraca? — krzyknął młynarz. — Czy nie słyszysz, że grzmi?!

— Słyszę! — odpowiedział Chrystian jeszcze bardziej mrukliwie niż zazwyczaj. Rozczochrał rękami rude włosy, które sterczały niby kępki błyskawic, jak gdyby burza już rozszalała.

— A więc!... Chodź!

Chrystian nie ruszył się.