Młynarz podszedł szybko ku niemu i chciał go skarcić policzkiem, ale zapanował nad sobą i zadowolił się tym, że wstrząsnął nim, ująwszy go za ramiona.

— Czy oszalałeś, Chrystianie?

— Nie byłoby to dziwnie... na Boga! — burknął czeladnik.

Młynarz zawahał się nieco. Chrystian jeszcze nigdy nie zachowywał się tak niezwykle. Przemówił teraz do niego spokojniejszym tonem:

— Nie ma ani chwili czasu do stracenia. Burza lada moment znajdzie się nad naszymi głowami.

— Tak, w takim razie musi się pan pośpieszyć, panie majstrze... Ja dziś wieczorem nie pójdę już do młyna.

— Co to znaczy?

— Co to znaczy, dowie się pan sam, kiedy pan pójdzie tam na górę. I może zejdzie pan na dół tak samo prędko jak ja. Spadłem ze schodów i potłukłem kolano tak mocno, że ledwie stoję na nogach.

— Ach, niedorzeczność! Pójdź teraz ze mną! — I młynarz jeszcze raz wstrząsnął go za ramiona.

— Niech pan robi, co pan chce... ja nie pójdę...