Chrystian i Zajęcza Ana pobiegli po drabinę. Leśniczy i Smok, którzy posłyszeli jej okrzyk w pobliżu młyna, zbliżyli się szybko.

— Może lepiej byłoby wejść na górę i znieść go przez młyn? — zapytał leśniczy.

— Spójrzcie! Już i wewnątrz się pali! — zawołała Hanna.

Istotnie, na piętrze żarnowym błysnęły również płomienie.

— Lepiej wejść po drabinie — rozstrzygnął Smok.

Teraz młynarz podniósł się. Tylko przez krótką chwilę był nieprzytomny albo raczej na wpół ogłuszony.

— Schody się palą — zawołał — nie mogę się tędy wydostać!

To, co powiedział, nie zgadzało się z prawdą. Płonęła tylko podłoga, i to z jednej strony. Ponieważ wszystkie szyby wyleciały, silny ciąg powietrza pędził gęsty dym ku drzwiom. Odważny człowiek przedostałby się szczęśliwie na schody albo przynajmniej podjąłby tę próbę bez narażenia się na niebezpieczeństwo. Ale on nie wszedłby na piętro żarnowe — za żadną cenę.

Stojący na dole zapytywali chaotycznie, czy nie poniósł szwanku. Uspokoił ich: prąd powietrza opalił go tylko. Trzymał się poręczy, ponieważ ledwie stał na nogach, doznawał wrażenia, że wszystkie jego członki są połamane, ale nie został porażony piorunem.

Aby zaś uspokoić ich ostatecznie, zawołał, że skoro tylko podadzą drabinę, zejdzie bez pomocy na dół.