Na górnych piętrach młyna rozlegał się coraz głośniej trzask, a pożar zakrwawił łuną nocne mroki.
Młynarz spojrzał ku górze i zawołał:
— Spieszcie się, kaptur niedługo runie!
Wszyscy wołali niecierpliwie, by podawano drabinę. Leśniczy pobiegł.
Jakub uświadomił sobie, że wprawdzie w obszyciu młyna powiązano słomę żelaznym drutem, jednak przy pokrywaniu kaptura zaniechano tego środka zabezpieczającego. Mimo to nie doznawał obawy — nie dlatego piorun oszczędził go, by jednocześnie skazać na pogrzebanie w spadającej lawinie płonącej słomy.
A oto nadbiegali leśniczy i Zajęcza Ana, dźwigając drabinę. Smok, który stał możliwie najdalej, ryczał z całej piersi poprzez tubę złożonych dłoni:
— Bądź mężny, Jakubie! Oto i drabina! Nie trać nadziei!
Pociecha ta nie była zbyt potrzebna.
Przystawiono drabinę. Ale młynarz nie ruszył się z miejsca, nie schodził. Utkwił spojrzenie w dziwnym przedmiocie, leżącym w odległości mniej więcej paru kroków przy samych drzwiach — pochylił się, aby dokładniej zobaczyć, co to jest. Była to kudłata bryła, tak opalona i zwęglona, że nie dałoby się może rozpoznać tej istoty, gdyby nie to, że w blasku sterczał nieuszkodzony koci łeb, wlepiając martwe żółte ślepia w młynarza i zaświadczając, że są to czcigodne szczątki nieboszczyka Pilatusa.
— Drabina przystawiona, Jakubie! — wołano z dołu.