Jörgen podszedł ku zapadni i otworzył ją ostrożnie, chcąc zajrzeć na dolne piętro.
— Nie — zauważyła Liza. — Posłałam Larsa do ogrodu, aby narwał agrestu.
— Lizo!
— No, cóż znowu...
Nie dokończyła. Uszczęśliwiony myślą, że Liza sama przygotowała w ten sposób spotkanie bez przeszkody, Jörgen otoczył ją już ramieniem. Zrazu dzielnie stawiała opór, ale niebawem przestała się wyrywać. Zaledwie jednak wąsy Jörgena dotknęły jej twarzy, wymknęła się w niepojęty sposób z jego objęcia, odtrąciła go, tak że runął na worek — i stanęła obok schodów.
— Nie, coś takiego! — oświadczyła ze złością. — Przychodzę tu, aby trochę pogawędzić z tobą... całkiem przystojnie, a tymczasem... fe, wstydź się!
Jörgen istotnie się zawstydził, ale tylko dlatego, że nie potrafił wyzyskać sytuacji.
— O, nie bądź no tak harda! Nie jesteś jeszcze młynarką!
— Właśnie dlatego.
Spojrzała na niego tak dziwnie, że się stropił.