— Tak, prawdopodobnie — zaśmiała się Liza, opierając się na dłoniach, unosząc się na worku i machając nogami w niebieskich pończochach. — Będzie to na pewno głupie, ale mimo to gadaj.
Jörgen zerknął na piękne nogi gnące się miękko i pieszczotliwie. Bardzo chętnie dałby jej dobrą radę.
— To tylko... przyszło mi na myśl... że Janek bardzo lubi Kara...
— Ach tak! I sądzisz, że powinna bym okazywać życzliwość temu kundlowi?
— Tak sądziłem... ale to oczywiście bardzo głupie...
— Nie, na Boga, wcale niegłupie... to dobra droga!
Parokrotnie skinęła głową z namysłem.
Jörgen, zaskoczony tym uznaniem, przysiadł na worku i pogwizdując, zabrał się do czyszczenia i nabicia fajeczki.
— Nie gwiżdż! Siedź spokojnie! — zawołała niechętnie Liza. Zacisnęła wargi i zmarszczyła czoło. Wyglądała bardzo zabawnie, pogrążona tak w głębokim namyśle. — A oprócz tego, Jörgenie — oświadczyła wreszcie swobodnym głosem jak ktoś, kto rozwiązał pomyślnie trudny problem — a prócz tego namówię mego brata, Peera, aby zastrzelił Jenny.
Jörgen wpatrzył się w nią wielkimi, głupawymi oczami, a potem wybuchnął głośnym śmiechem, sądził bowiem, że jest to bez wątpienia tylko dobry żart.