Zuchwale odrzuciła głowę w tył i zaśmiała się, błyskając bielą zębów.
— Oho, jeszcze ja go trzymam za kołnierz!
Potem znowu spuściła oczy i zaczęła kciukiem rysować coś na mącznym pyle.
— Najgorsza przeszkoda to chłopak... Jak gdyby się diabeł zawziął, ten brzdąc nie opuszcza ojca ani na chwilę, tak że ani rusz się dobrać do niego. I wiecznie gapi się na człowieka swymi wielkimi, niechętnymi ślepiami... Kupiłam mu przecież ślazowych cukierków, wycerowałam mu pończochy, kupiwszy za własny grosz wełny... Kiedy piekę pączki, przywołuję go zawsze i daję mu jeden lub dwa jeszcze gorące, wprost z rondla... Cóż robić, na Boga, żeby mnie polubił?
Jörgen rzucił szuflę na wielką kupę zboża, wpakował ręce do kieszeni i przybrał ważną i nauczającą postawę, zamierzając wytoczyć głębokie, świadczące o niezwykłej znajomości ludzkiej natury argumenty.
— Nie, Lizo, to się psu na budę nie zda. Oto, co ci powiem: gdyby był starszy o dziesięć lat, mogłabyś go, mówmy otwarcie, owinąć naokoło palca, tak jak nas wszystkich... Ale w takim wypadku nie tędy droga.
Liza potrząsnęła głową, uśmiechając się lekko i przytwierdzając słuszność uwagi Jörgena. A do złości wywołanej tym, że chłopiec nie poddawał się jej wpływom, przymieszała się pełna zadowolenia duma, że tak bezwzględnie przyznają jej panowanie nad wszystkim, co osiągnęło męską dojrzałość.
— Głupie gadanie! Pomógłbyś mi raczej i spróbowałbyś coś wymyślić... Bo coś trzeba wymyślić... — dodała gwałtownie, przepojona świadomością, że każdego człowieka można kupić za jego cenę, jeżeli się tylko zna tę cenę.
Jörgen podrapał się za uchem.
— Nie wiem... ale może byłoby najlepiej... nie, to na pewno głupie.