— Ale on... czy zakochany w niej?

Liza zaśmiała się szyderczo.

— Zakochany?... Nie, co to, to nie... Ale mimo to chętnie się z nią ożeni... przynajmniej chciałby się ożenić, bo w takim razie... jak sądzę... pozbyłby się mnie.

Jörgen wpatrzył się w nią osłupiałym wzrokiem.

— Pozbyłby się ciebie? Ale ja sądziłem... czy on już przestał... czyż on już nie chce...

— No tak, chciałby miłostek i jeszcze coś... ale żenić się, żenić się... Ze względu na chłopca, który mnie nie lubi, przypuszcza zapewne, że nie byłabym dobrą matką dla niego... A i poza tym... przecież w leśniczówce znajdzie coś lepszego...! Taka panna, która gra na fortepianie... a tutaj biedna dziewczyna, nadająca się tylko do szorowania kuchni i zmywania talerzy!...

Zamilkła i wpatrzyła się przed siebie, wgryzając przednie zęby w dolną wargę i litując się sama nad sobą. Nieraz ogarniało ją to uczucie i świadczyło, że nie była pozbawiona wyobraźni.

Oboje milczeli.

Słychać było tylko stukanie drewnianej łyżki po talerzu i głuchy hałas obracającej się osi. Jörgen powstał i nasypał zboża w koryto.

— Hm... więc tak!... Cóż stąd wyniknie, Lizo?