— Jakże to? — zawołał Jörgen, wpatrując się w nią z przestrachem... — Przecież majster nie zamierza chyba ożenić się z tą...?
— No, nie są jeszcze po słowie, ale z pewnością nie ona będzie winna, jeżeli to nie nastąpi prędko.
— Ależ, Lizo, gadajże wyraźnie, co wiesz o tym?
— Tak, on jest myślą ciągle tam w lesie u nich... A potem wstydzi się... wobec mnie... ale bachor gada wszystko o cioci Hannie... i o Jenny.... o „słodkiej Jenny”!
— Któż to Jenny?
— Oswojona sarna... Jak ja nienawidzę tego bydlęcia! A dzieciak naprzykrza się ciągle; teraz już od pół miesiąca tam nie byli... I ona także niegłupia, ta bestia! Od razu przyhołubiła chłopca!
— Otóż i ja nieraz myślałem, że Janek stanie ci na przeszkodzie, bo cię nie cierpi.
Liza zmierzyła go nieżyczliwym spojrzeniem; przypomnienie tego przeciwnika nie było jej miłe.
— Ale cóż młynarz?
— Ej... spaceruje z nią i z jej bratem po lesie, potem siedzi w świetlicy, a ona wygrywa mu na fortepianie, bo i to umie... ej, to wielka dama, panna Christensen.