— To naprawdę niepotrzebne... I bez tego nie brakuje ci roboty... no, ale o tym pogadamy później.

— Znajdzie się czas na wszystko — oświadczyła Liza.

Janek zbliżył się i zaciekawiony spoglądał w kubeł, w którym brudna woda, uczerniona jeszcze wieloma żywymi punktami — dowodziła, że dzieło miłosierdzia wydało owoce. Mały człowieczek zadziwił się bardzo: dlaczego on sam nie pomyślał o tym nigdy? Praca nie była tak ciężka, by jej nie potrafił dokonać. Kochał tak bardzo Kara, a Karo jego. Liza właściwie nie cierpiała psa, a przecież uczyniła to! Była także względem niego coraz bardziej życzliwa, robiła wszystko, aby mu dogodzić, chociaż okazywał jej murkliwą niechęć i chociaż jej nie cierpiał... Dlaczego to właściwie?

Nagle Liza odrzuciła szczotkę i załamała ręce.

— Jezusie! Jak ty wyglądasz, chłopcze? Toż woda leje się z ciebie strumieniem!

Zerwała się, wybiegła i wróciła niebawem, przynosząc ubranie do zmiany. Młynarz poszedł do pokoju, ale zostawił otworem drzwi do sieni. Liza sama zdjęła chłopcu bluzę i sprawdziła, że rękawy koszuli nie przemokły... inaczej mógłby się przeziębić!...

— Czy nie byłoby dobrze ugotować herbaty?

— Nie, nie trzeba — osądził młynarz. — Janek niech natychmiast kładzie się do łóżka.

— Spojrzyj no, jak wygląda twoja ładna, nowa bluza!

Teraz dopiero chłopiec uświadomił sobie, że jest to jego świąteczne ubranie, które przywdział dotąd zaledwie parę razy. Istotnie, bluza wyglądała smętnie, zwłaszcza zewnętrzna strona prawego rękawa sczerniała, przemoczona wodą. Spodenki były również ubabrane błotem. Janek rozpłakał się, a Liza pocieszała go; rozwiesi bluzę na kuchennym stołku, tak że mokre fałdy nie będą się stykać, a jutro będą wyglądały jakby świeżo wyprasowane; gdy spodenki przeschną, wyczyści je szczotką tak dokładnie, że nikt nie znajdzie ani jednej plamki.