Pocieszony taką nadzieją Janek istotnie przestał głośno płakać, ale ciągle jeszcze szlochał, albowiem gnębiło go sumienie, że nie zasłużył na tak życzliwe współczucie. Niewiele pomogło, że Karo odzyskawszy po szczęśliwie przebytej operacji swoją psią wesołość, skakał koło niego i lizał mu ręce, a nawet twarz — przeciwnie: wilgotny po kąpieli pies przypomniał dowodnie, co obaj są winni Lizie.
Nareszcie kiedy gniewny głos ojca dochodzący z izby wezwał go do spoczynku, Janek opanował się i zdecydował iść spać. Owego pamiętnego wieczoru nie tylko nie sprzeciwiał się, by Liza pomogła mu przy rozbieraniu się, ale był jej nawet wdzięczny za to. A kiedy już ułożyła go w ciepłym łóżku i pobożnie przypomniała mu, że należy zmówić Ojcze nasz przed spaniem, ogarnął ramieniem jej szyję i pocałunkiem powiedział jej „dobranoc”.
Tymczasem młynarz siedział w izbie, dokąd poprzez sień przenikał drobny promyk światła z kuchni.
Wsparł głowę na rękach i rozmyślał. Czegóż to nie dokonywała ta dziwna dziewczyna! Ta kąpiel Kara była po prostu kropeczką nad i. Czyżby przeczuwała, co knowano przeciwko niej w Smoczym Dworze, czyżby chciała dowieść, że zrobi nieporównanie więcej, aniżeli można by od niej żądać? I nie starała się bynajmniej zwrócić na siebie uwagi! Robiła wszystko swobodnie, wesoło, jak gdyby to była igraszka. Więc czy mimo to zachodziła potrzeba przyjęcia jeszcze jednej służącej i wprowadzenia niesnasek w gospodarstwo? Nie ulegało bowiem wątpliwości, że obie będą się nienawidzić — zresztą za Zajęczą Aną tkwić będzie teściowa. Ale było też, oczywiście, możliwe, że Liza bierze na swe barki większy ciężar, niż zdoła stale udźwignąć, za co odpowiedzialność spadłaby na niego jako na pana domu. W takim wypadku byłoby jego obowiązkiem postarać się o pomocnicę dla Lizy.
Nie ulega wątpliwości, że młynarz ze wzgórza okazałby się dzielnym żołnierzem, gdyby postawiono go na szańcu i dano sprecyzowane rozkazy. Ale nie był on bynajmniej bohaterem, gdy szło o niemiłe wyjaśnienia, tym mniej zaś, gdy przeciwnikiem była kobieta, a bronią nie tylko gorzkie poufałości, ale w pierwszym rzędzie pełne wyrzutu spojrzenia, westchnienia i jękliwe tony, gdy należało oczekiwać nawet wybuchowych min histerycznego ataku.
Szedł do teściowej ze zdecydowaną niechęcią, przeczuwał bowiem, że ma ona jakieś zamiary grożące jego spokojowi. A teraz znowu należało stanąć do walki!
Bardzo przezornie podkreślił na wstępie swoją odpowiedzialność gospodarza domu: obawia się, że z czasem Liza się przemęczy, kieruje się względami jej zdrowia, teraz zaś nadarza się korzystna sposobność, ponieważ Zajęcza Ana zgodziłaby się chętnie służyć w młynie.
Mówiąc to, oczekiwał, że Liza przejrzy obłudną grę i odpowie mu gorzkimi uwagami. Ale Liza odpowiedziała swobodnie, że sam pan młynarz wie chyba najlepiej, jak należy postąpić.
— No tak, nic nas nie przymusza do niezwłocznej decyzji. Chciałem tylko powiedzieć ci o tym. Może się namyślisz.
— Ano niech pan tak zrobi, jak uzna za słuszne — odpowiedziała Liza, szorując dalej rondle.