— Otóż, mój Ole — rzekł leśniczy, udzieliwszy staremu kilku wskazówek co do zamierzonego przetargu drzewa — będzie to zapewne ostatni przetarg w twojej obecności. Bogu wiadomo, że zasłużyłeś sobie rzetelnie na spokojną starość i będzie ona twoim udziałem. Tam u pana szambelana będziesz wygodnie spacerował i kopał jak tutaj we własnym ogrodzie.
— Święta prawda. Tak, człowiek się starzeje, a to myszkowanie po wilgotnym lesie w jesieni włazi człowiekowi w kości... inaczej być nie może, nie potrafimy tego odmienić. A u pana szambelana praca lekka, utrzymanie bardzo dobre... odkąd umarła moja stara i muszę sam kłopotać się o siebie, nie dzieje mi się tu dobrze... chociaż jestem trochę przywiązany do starego domostwa, czemu nie przeczę... Ale na ogół bardzo by mi to dogadzało... Tylko niech mnie dia...! Wybacz pan, panie leśniczy, wiem, że pan tego nie znosi... i słusznie... zła nawyczka... stara, żołnierska nawyczka... ale niech mnie ten czy ów porwie w tej świętej chwili ze skórą i włosami, jak stoję i chodzę!...
Było widoczne, że poczciwy starowina szuka w wyczerpujących, dobitnych wyrażeniach pewnej satysfakcji za chodzenie po manowcach, by ominąć nazwę diabła w tym towarzystwie. Jednocześnie spoglądał tak srogo, że młynarz roześmiał się i zaręczył, iż musiałby to być zuchwały diabeł, który by się odważył wziąć go za słowo.
— Nie, nie... nie będę się bronił, niech mnie spokojnie bierze — uśmiechnął się stary, uradowany żartem młynarza. A potem, gdy już zmienił uśmiech na wojowniczy wyraz twarzy, poparty jeszcze szarpaniem wąsów, kończył:
— Niech mnie spokojnie bierze, jeżelibym wytrwał tutaj na szańcu do ostatniej kropli krwi... stary żołnierz... gdybym był przeczuwał, komu ustępuję miejsca.
— No, no, Ole! Cóż to możesz zarzucić Janowi Jensenowi?
— Janowi Jensenowi nic... albo bardzo niewiele.
— A przecież to już postanowione, że właśnie Jan Jensen obejmie twój posterunek i zamieszka w tym domu.
— Zgoda... dotąd wszystko dobrze, panie leśniczy. Ale któż przyjdzie na miejsce Jana Jensena?
— To jeszcze nie wiadomo.