W sali panował zmierzch wieczorny. Pawełek przystąpił do okien, zatrzasnął w nich okiennice, tak że stało się całkiem ciemno. Za chwilę jednak zadrgały w górze po obu stronach stropu dwa punkciki, zrazu małe jak robaczki świętojańskie, potem powiększyły się i przybrały kształt pary olbrzymich oczu, wysyłających dwa ukośne, silne pęki białych promieni świetlnych, które odwrotnymi stożkami nasycały coraz dalszą przestrzeń. Biegnąc wzrokiem za promieniami, ujrzała Ola na płaszczyźnie przecięcia się obu stożków szybę szklaną, za którą zrazu nic nie było; aż gdy się jej oczy chwilkę oswoiły z grą niezwykłego światła, ujrzała, jak za szybą światło to skoncentrowało się na jednym punkcie: na owym melancholijnym obrazie tęsknoty, o którym Strumieński powiedział, że mu jest najmilszy.

Pawełek ukląkł przed obrazem tak, żeby lepiej widzieć, co się wewnątrz dzieje. W tej chwili wskutek chłodu przeszedł Olę dreszcz, lecz ona, poczuwszy ów dreszcz, mimo woli natychmiast przypisała go innej przyczynie, wywołując przez to w sobie samej uczucie pewnej obawy, a przynajmniej naprężonego oczekiwania. Pochylona naprzód twarz Pawełka, wydłużona szyja, czoło przytulone niemal do szyby — to wszystko także sugerowało Oli, by naśladowała jego zachowanie się. A widząc znowu te fale cofnięte od brzegu, te trzciny pochylone w jedną stronę i zmrok ponury181, doznała — jak sobie potem mówiła — po raz drugi w życiu tego samego wrażenia, co pierwszym razem: że to nie jest wszystko. Pawełek jednak nie oczekiwał, lecz badał coś, bo wnet odwrócił się, popatrzył w górę i wykonał jakąś manipulację tak prędko, że Ola nic nie dojrzała, bo tymczasem uderzyło ją inne zjawisko. Oto nagle wielkie oczy, niby ślepe dotychczas, napełniły się żywymi rubinowymi soczewkami, z których trysnęły smugi czerwonego światła, przeciskając się między białymi promieniami; pod ich wpływem proszek farb jakby wirować zaczął, kształty się zatarły, zmieniły, a wtedy —

o cudzie cudów! —

wyłoniła się na obrazie wielka jasna głowa kobieca, okolona złotymi włosami, a była to głowa Angeliki.

Dłońmi odgarniała sobie włosy z czoła, oczy jej były utkwione w przestrzeń uporczywie, hipnotyzująco, usta miała trochę rozwarte, jakby drgające, a w nachyleniu głowy, blasku oczu była taka rozpaczliwa chciwość życia, że od tego obrazu w czarnych ramach rozpływała się i udzielała widzowi sugestia, przenosząca go poza próg nonsensu, ażeby wierzył, że te oczy odsyłają otrzymany obraz do jakiegoś tajemniczego zbiornika, że te usta za chwilę przemówią coś o tym, co jej oczy ujrzały na ziemi, że może mocą niewidzialnego rozkazu nastąpi nagłe wstrząśnienie wśród martwych atomów, czyhających nad brzegiem życia — żywa postać zaszeleści w przestrzeni i spłynie na ziemię. Lecz nic z tego się nie działo, natomiast osoby patrzące na obraz i z nimi jakby wszystko dokoła więzło w chwili zapatrzenia się, stawało się nieruchomym, asymilowało się mimo woli do tej żywej martwoty i ciszy, jakby nie było innych form życia, tylko to ciężkie upiorowate oczekiwanie, niemające nic wspólnego ze sztuką, okrutne, beznadziejne, bezrozumne.

Było to ostatnie dzieło Angeliki malowane wśród trwogi przed śmiercią, wśród żalu za ziemią i niebem — po całych dniach gorączkowej, rozpaczliwej pracy, sekretne farby zawarły nareszcie to, co artystka uważała za „duszę swej postaci” i co chciała pozostawić na świecie, bo nie wierzyła w świat pozagrobowy i w możność przebywania po śmierci jako duch w atmosferze otaczającej kochanka.

Cały obraz, ujęty w ogromne czarne ramy, był jakby domem, do którego okna z wewnątrz przez jakiś korytarz przyszła ta postać i wychylała się, żeby zobaczyć, co się dzieje na świecie. Przegradzająca szyba zaś wywierała taką sugestię, jakby miejsce poza nią należało już do „duchów” obawiających się bezpośredniego zetknięcia się z ludźmi.

Pawełek patrzył w obraz z wyuczoną bezkrytyczną ekstazą i zupełną wiarą, zakrywał sobie oczy, odwracał się i znów patrzył, po czym ukląkł, wyciągnął ręce i zaczął po cichu wymawiać chaotyczne zdania w rodzaju: „Nie odwiedzałem pani, bo mnie matka zamykała”, „Może pani czego chce, może mi co rozkaże”, „Niech mnie pani weźmie z sobą”, „Niech pani coś przemówi do mnie” itd.

Chwilami postać jakby ustępowała poza mglistą, nieokreśloną zasłonę farb, potem znowu wyraźniej się wybijała, przy czym odchylenie głowy tak złudnie naśladowało ruch, że Ola w pewnej takiej chwili uczuła bezwiedną trwogę i krzyknęła. Chłopak odwrócił się, a ujrzawszy matkę, uczynił, że światło natychmiast zgasło. W ciemności stali oboje, a pani Strumieńskiej się zdawało, że jest ktoś trzeci z nimi. Słychać było wyraźnie uderzanie sosny o strop budynku i Oli nie wpadło jakoś na myśl zastosować tu powagi matczynej. Nagle Pawełek podniósł u jednego okna okiennicę, a szybko otworzywszy okno, wyskoczył i uciekł. Ola została sama. Ogarnął ją pewien strach, który chciała przezwyciężyć, by się przyjrzeć dokładnie wszystkiemu. Zbliżywszy się do szyby, zapalała zapałki, lecz jedna po drugiej gasły, mogła tylko w chwilach rozbłyśnięcia się płomyków widzieć obraz samotnego brzegu morskiego. Trzciny się poruszały, fale uderzały o brzegi, tak ponure, jakby miotały w swych objęciach martwe ciało. Ostatnią zapałkę zaświeciła przed lustrem, a poprzeczna skaza na nim mignęła przed nią jak błyskawica. Odwróciwszy się, przeszła Ola ku oknu, wołając dopiero teraz za Pawełkiem. Wtem cofnęła się — bo nowy dziw! miesiąc wypłynął zza chmur i oświetlił okolicę, wywołując przypadkowo fenomen optyczny: oto w specjalnych ramach otaczających okno ukazał się całkiem jakby sztuczny wytwór krajobraz nocy miesięcznej, na nim jako najwyższy punkt widniał cmentarz, spod którego stóp wypływały białe głazy. Memento mori182 stało w środku okna, a młoda pani, która nigdy o śmierci bardzo nie myślała, straciła rezon pod nawałem tych zjawisk cisnących się naokoło niej gwałtownie w samotność nocy i przelękniona — bo była dość zabobonną — krzyknęła, a potem zaczęła się żegnać. Pobiegła do drzwi i chciała wybiec, targnęła za klamkę, drzwi były zamknięte. Gniew ją porwał, targnęła raz i drugi, i dopiero wtedy spostrzegła, że drzwi są tylko z wewnątrz zaryglowane. Odsunęła zasuwkę, wyszła pośpiesznie, po chwili wróciła i chciała wyjąć klucz, ale klucza już nie było. Całe to zajście trwało zaledwie kilka minut.

Strach wstrząsał nią jeszcze trochę, ale na zewnątrz objawiało się to tylko wybuchami gniewu, hamowanymi pewnym respektem. Gdy Pawełek przyszedł do domu, skradając się z daleka od matki, spytała wprawdzie: „Gdzie ty się włóczysz?”, lecz było to tylko zaznaczanie powagi, nie chciała dostać i nie dostała też żadnej odpowiedzi. Cała sprawa zaskoczyła ją tak nagle, że nie wiedziała, jak się zachować, w myśli miała tylko owo zjawisko, przy tym poszlakę jakichś machinacji i jakąś niepewność, czy to się zwykle tylko na tym kończy. W domu pp. X-ów nasłuchała się wiele o duchach i o sztucznych sposobach ich wywoływania, a przy tym z latami pokazywało się u niej — jak już powiedziałem — coś jakby powrót do zabobonów i dewocji, recydywa do form atawistycznych, czego jednak nie trzeba brać po darwinowsku.