Zawołała Pawełka do lekcji fortepianowej, ale jemu ręce drżały, nie śmiał patrzeć na matkę. „Dlaczego ci ręce drżą? Dlaczego nie patrzysz mi w oczy?” były jej zapytania, którymi chciała swój kłopot przenieść na niego. Nie mówiła z nim jednak nic o zajściu w muzeum, obiecując sobie interpelować o to męża.

Wtem zajechał powóz z powracającym Strumieńskim, lekcja się zaraz skończyła. Strumieński był w dobrym humorze, przywitał żonę, rzucił parę słów wesołych, a potem poszedł zaraz do siebie, bo miał niby jakiś interes do załatwienia. Pawełek podskoczył za nim, aby mu opowiedzieć o zajściu, lecz ojciec, nie wysłuchawszy dobrze, o co rzecz idzie, przerwał mu już przy pierwszych słowach i odsunął go. Pawełek się zaciął, powziął podejrzenie, bo jako dziecko miał nieufność nawet do ojca, i postanowił nic już nie mówić.

Ani wyniesiony z muzeum strach, ani respekt dla duchów nie były u Oli tak silne, by jej dusza nie odrzuciła wkrótce tych uczuć i nie wytworzyła natychmiast w ich miejsce gniewu na Strumieńskiego i Pawełka. Bo Olą rządziły przede wszystkim nie tyle myśli i decyzje, co chwilowa sytuacja, jej też Ola oddawała się zupełnie, doznając przy tym całkiem na serio pierwszych lepszych z brzegu uczuć, do tej sytuacji stosownych. A więc tym razem naprzód zazdrości, a potem oburzenia: jak on śmiał mieć tu nałożnicę! Przeczuwała, że była może na tropie czegoś niemoralnego — gdyby coś podobnego znalazła w powieści, a, to co innego, ale tak... wydało jej się to potwornym, wariackim, głupim i miało posmak nieprzyzwoitości. Chciała go jednak przede wszystkim złajać za Pawełka, a podniecała ją do tego nie tyle zazdrość żony lub matki, ile jakaś zazdrość w ogóle, jakaś chęć wywarcia na nim swej złości, która wszakże w jednej chwili mogła się przełamać w żal, oburzenie, sympatię itd.

Była pewna, że Pawełek ojca o wszystkim powiadomił, i czekała, rychło mąż przyjdzie i zacznie się przed nią usprawiedliwiać, tłumaczyć. Będzie zakłopotany, ona zaś wystąpi — głównie jako matka Pawełka, na zazdrość żony była za dumną. Wprawdzie bowiem tolerowała konszachty Strumieńskiego z Pawełkiem, ale ta tolerancja nie była niczym stałym, była tylko milczącą umową, którą teraz mogła zerwać, zwłaszcza że nadarzała jej się taka pyszna do tego sposobność.

Ale Strumieński jakoś nie przychodził — zaczęła się niecierpliwić. Powiedziała sobie: „Nie przychodzi, bo nie wie, co teraz zrobić, szuka wykrętu, boi się”. To podniecało jej odwagę. Była przygotowana przerwać jego tłumaczenie się słowy: „Nie trzeba, obejdzie się, nie chcę tego słuchać” — lub czymś w tym guście. Lecz gdy nie nadchodził, prosiła go w duchu: „Przyjdźże, a ja cię złaję”. Wszedł Strumieński, ale całkiem nie taki, jakim go oczekiwała: swobodny, bez śladu zakłopotania. „Bezczelny!” — pomyślała, nie wiedząc, że Strumieński o niczym nie wie. Zaczął jej mówić o zaręczynach Gasztolda, co ją mocno zajęło, tak że wyszła z nastroju oburzenia i potem już nie mogła go znaleźć, tym bardziej, że musiała się nieco wstydzić swego zbyt skwapliwego zainteresowania się Gasztoldem, a wzmianka o Gasztoldzie przybliżała jej wspomnienie warszawskiej kompromitacji i... pewnych niefortunnych nadziei romansowych. Pocieszała się zrazu myślą, że Strumieński chce ją tylko zaszachować, ale po opowiedzianych faktach poznała, że tak nie jest, że Gasztold zaręczył się istotnie. Zapanowała jednak nad przykrością, którą jej sprawiła ta nowina, wypowiadała różne uwagi o tym, jakim będzie to przyszłe małżeństwo, obmawiała tak Gasztolda, jak i jego narzeczoną, w czym jednak potrzebowała od męża pewnej pomocy i wyrozumiałości. Z niechęcią do Gasztolda budziło się w niej jako uczucie dopełniające przywiązanie do Strumieńskiego, a wskutek takich powikłań wpierw już odczuta zazdrość o niego (tj. o Strumieńskiego) nabrała szczerszych kolorów. Interpelację swoją odłożyła nieświadomie jako atut do jakiejś innej kłótni, a tymczasem poddawała się powstałemu w niej świeżo splotowi uczuć. Jego milczenie o obrazie Angeliki już jej nie gniewało, ale imponowało, martwiło, przygnębiało. Poczuła żywo, że nikt jej nie kocha, że wszyscy (uogólnienia z powodu Gasztolda) ją zdradzają, łzawo jej się zrobiło. Zawołała do siebie Pawełka, aby go udobruchać: przyszedł posłusznie, bo dąsał się na ojca. Pawełek przeczuwał bystro, że z powodu tego obrazu powstało jakieś naprężenie między ojcem a matką, lecz nie wiedział jakiego rodzaju. Pieszczoty matki zrozumiał tak, że ona go prosi, żeby nic ojcu nie mówił, i w duchu obiecywał jej milczenie — był trochę rad temu, że z obu stronami spiskuje. Tymczasem Ola zaczęła grać na fortepianie, chciała, jak to piszą, wypowiedzieć się w muzyce, dać mężowi coś do poznania, grała więc z wielkim ferworem, aby wywołać zapytanie: „Co ci jest dzisiaj?”. Grała, myliła się naumyślnie, nie kończyła — ale na próżno. On nie poznawał, nie zwracał na nią uwagi, chyba naumyślnie.

A sekret był ten, że Strumieński wrócił do domu ululany, przez drogę wytrzeźwiał, napił się potem u siebie czarnej kawy, ale jeszcze czuł wino w głowie. Wstydził się nieco przed Olą, zajęty więc udawaniem pewności ruchów nie zwracał uwagi na jej zachowanie się lub też mówił sobie: „Czegoś ona dziwna, ale może mnie się tylko tak zdaje, lepiej dam pokój”.

Zaledwie przypomniał sobie zapowiedzieć żonie gości na drugi dzień: „Będziemy mieli jutro gości, ciekawych gości!”, lecz nie chciał mówić kogo. „No, kto przecież?” — „Et, nic, chcą widzieć pałac”. Do tego była Ola przyzwyczajona.

Mimo swego stanu, a może właśnie wskutek niego, Strumieński wewnątrz swej duszy patrzył teraz jasno i gonił szybkie myśli. Zajęty był wyobrażaniem sobie towarzystwa, z którym się niedawno pożegnał. Ilekroć zetknął się z ludźmi, ostygały nieco jego interesa melancholijno-pedagogiczne i traktował je wtedy jako brzydki nałóg, z którym się ukrywać należy. Dlatego to odpędził Pawełka, bo w takich chwilach życia swą powierzchnią wspólnictwo z nim mimo poetyczności zatrważało go jako stosunek dziwny, a może nienaturalny i kompromitujący. Bo to „życie podziemne”, które się w nim formowało, było bardzo delikatne, jak mózg pokryty błonką tylko, a nie czaszką. Patrząc na Pawełka i jego pieszczenie się z matką, pomyślał: „Jaka obłuda! Tak przecież w rodzinie być nie powinno!”. Powiedział sobie także, że już najwyższy czas wykonać resztę planu co do Pawełka — należy go odciąć od Angeliki, nim mu się zabawka sprzykrzy, aby zachować w nim świeżość i siłę wrażenia. Już mniej więcej przeczuwał, jak to wykona. Ale równocześnie z Pawełkiem chciał i on sam skorzystać: zerwać (na razie? na zawsze? tego nie określał) z tym tak luźnie do niego przyczepionym kawałkiem przeszłości, który się skupiał w sekretnym obrazie pierwszej żony. Odwagi w tym kierunku dodawało mu wspomnienie, co do którego nigdy nie był pewnym, czy się nie myli, w tej chwili np. myślał, że nie. (Chęć zerwania zamieniła się w przypomnienie, a raczej wytwarzała je w mózgu jako swoją podstawę183, asekurowała się zaś niesumienną niepewnością). Oto zdawało mu się, że sama Angelika w rozmowach przed śmiercią wspomniała mu coś o tym, że jeżeli taki (jaki?) czas kiedy nastanie, niech on, mąż, zniszczy wszelki ślad po niej. Słowo „wszelki” wydawało mu się trochę przesadnym. Myśli te toczyły się w jego głowie trochę po pijanemu, ale swoją drogą upicie się było teraz tylko wygodnym pozorem, którym otulał pewne nieokreślone nadzieje, a te właśnie nadzieje wywoływały tamte tzw. rozsądne myśli. Siedział przy Oli, bo go muzyka też trochę ogłuszała, i był naumyślnie bezmyślny. Inne dzieci w drugim pokoju układały z klocków pałac — natura jest pełna aluzji. Pawełek patrzał na nie obojętnie, chuchał na szybę i przecierał ją. Strumieński obserwował jego ruchy i wtedy zastanowił go jeden szczegół: oto Pawełek, mówiąc o kobiecie na obrazie, nazywał ją czasem i np. dziś „pałubą”, „naszą pałubą”. Dźwięk tego słowa przypominał Strumieńskiemu coś ohydnego i ordynarnego zarazem, co by to jednak było, nie pamiętał. Wprawdzie jeszcze dawniej dowiedział się Strumieński od Pawełka, że on to słowo „pałuba” zasłyszał od parobków i pastuchów wiejskich, w jakim jednak sensie tego słowa używano, Pawełek wytłumaczyć nie umiał. Ostatecznie dziś nie chciał sobie Strumieński psuć nad tym głowy. Powiedział „dobranoc”, bo chciał prędko pójść spać, Ola nie znalazła nawet sposobności, aby powiedzieć: „Ja wiem wszystko!”. Nie pocałował jej na dobranoc — jaki on jest.

Wprawdzie Strumieński, żegnając się z żoną, obrzucił ją spojrzeniami na wpół czułymi, na wpół pożądającymi, a dla zamaskowania tej drugiej cechy swego spojrzenia dodał uśmiech łagodny, wprawdzie Ola to zauważyła i mogła stąd wysnuć wniosek, że on się z nią „gniewać” nie chce, jednakże wolała nie przyjmować tego do wiadomości, bo ten szczególik nie dopasowywał się do tej komedii psychicznej, którą już teraz zamierzyła odbyć ze sobą. (Wymijanie tego, co by mogło popsuć symetryczność uplanowanego zdarzenia — punkt fałszywy).

Po odejściu Strumieńskiego miała Ola krótką, grzeczną wizytę pierwiastka pałubicznego. Zawsze w mężu lubiła pewien patos, o ile był do niej skierowany, teraz, leżąc w łóżku rozgorączkowana, myślała nad tą sprawą głębiej. To, że on kochał i ukrywał Angelikę tak długi czas, wywołało jej podziw, poruszyło w niej strunę romantyzmu, nastrojoną jeszcze do ostatniego drgania na ton Marii Dunin. Ale niedługo mogła myśleć bez rozdrażnienia, chociaż forsowanie wykrzyknika: „Wariat!” już się jej nie udawało. Czuła znowu pewien strach przed nim jak przed czarownikiem, ale — przecież go znała, nieraz był tak śmiesznym. Chciała wmawiać w siebie, że on zapewne dopiero od niedawna robi takie komedie, ale przypomniała sobie różne jego aluzje, wycieczki, ten krajobraz nadmorski... Miała żal do siebie samej, że się dawniej o tym nie dowiedziała, że nie mogła w nim obudzić takiego zaufania, ale żal do niego, że on ją wówczas oszukał, nie zwierzył się ze wszystkim — on tylko wyzywał ją, dokuczał jej Angeliką, ale nie był szczerym.