Tak wołała o ratunek jego zagrożona ambicja, jego życie podziemne, które pragnęło być pogrzebane z wszelkimi honorami. A w ten chaos myśli obradujących w kostiumie uczuć wpadła inna wiązanka obserwacji, pocieszająca, rozjaśniająca wyjście. Oto trzymał w ręku czterolistek koniczyny. Co on oznaczał? Jakżeż się Ola dziś zachowywała? Odtwarzał sobie w pamięci jej słowa, jej mimikę w różnych chwilach i wystąpiła w nim nadzieja. Skądże ta radość na jej twarzy, to śledzenie go, te łzy (?) w jej oczach, ta sympatia teraz? Bo niewątpliwie myślała, że on sprzeniewierzał się przede wszystkim Angelice, a nie Oli, myślała, że za pomocą Berestajki ona sama odzyska jego miłość, wyruguje z serca tamtą, reprezentantkę wrogiego jej świata umysłowego. Tak opuścił Strumieński dopiero co zajęte stanowisko ostrożnego spostrzegacza i skonstruował sobie z różnych drobnych poszlak intencję teraźniejszego zachowania się Oli. Przypadkowo, jak wiemy, nie mylił się, ale właściwie powinien był, znając ją, spodziewać się po niej czego innego, np. szyderskiej obojętności. Jeżeli więc teraz trafnie odgadywał jedną warstwę jej duszy, to albo dlatego, że wbrew lepszemu przeczuciu (punkt fałszywy) zgadzał się na jej komedię, podobnie jak ona podczas wczorajszych rozmyślań nocnych zgodziła się na jego komedię (wzajemna chytrość i intuicja wskutek dłuższego współżycia) — albo dlatego, że przeceniał objawy jej zazdrości miłosnej, nie umiejąc sobie tak jak ja za pomocą insynuacji zdać sprawy z tego, że to jest właściwie zazdrość egoistyczna, intelektualna, ambicja, która wczoraj przesunęła się dla bezpieczeństwa w inną formę.

Umysł Strumieńskiego, podchwyciwszy ową szansę ratunku, przesadził tedy w pojmowaniu Oli takim, jakie było dlań korzystne i przyjemne. Napełniała go zrazu wdzięczność dla niej za ten ratunek, a potem brnął dalej, zapalał się do Oli, kochał ją. I teraz na tle planu oczyszczenia obrazu Angeliki przygotowywał się w jego duszy nieświadomie inny plan, w jego rodzonym stylu. Plan ten uwyraźnił się dopiero potem, podczas przeprowadzania go, ja jednak dla całokształtu muszę go już tutaj trochę odsłonić: szło o to, żeby wynagrodzić sobie przykrość sprawioną przez aktorkę, niejako naprawić sobie smak — zaokrąglić i wycieniować lepiej symbol zerwania, jak dotąd zbyt zaimprowizowany, a zarazem na ten rachunek użyć od razu owoców wolności, dokonać zuchwałego czynu wyemancypowania się. A jak wiemy, ten jego plan psychiczny był dość zgodny z planem Oli.

Nie chciał się jednak śpieszyć, bo należało wpierw utrwalić przekonania Oli o idealności jego pośmiertnego stosunku do Angeliki, wybić jej z głowy brzydkie domysły co do Berestajki, a dopiero w dogodnej chwili wykonać główne coup196. Teraz jeszcze mogłaby podejrzewać, że ją chce przeprosić za zdradę. Postanowił więc kontynuować dotychczasową swoją taktykę względem Oli, póki się da, a przy tym wyssać masę delikatnych słodyczy tkwiących w tym nowym ustosunkowaniu się do niej.

Poszedł więc, rozmawiał, jadł, pytał, uśmiechał się, dawał rady, razem z nią obmawiał swoich gości, przytakiwał i pomagał gorliwie Oli, gdy o Berestajce mówiła z punktu widzenia patriotycznego i rasowego. Naturalnie Ola strzegła się zdradzać z domysłami o podwójnej zdradzie popełnionej przez Strumieńskiego, bo: 1) była na to za delikatną i wstydziła się, 2) wolała, by on tą winą sam się gryzł dalej, 3) nie chciała przerywać przyjemnych scen dysonansem, a 4) czuła po temperaturze jego i swojej, że wnet rozpalone będzie ognisko, które wszystko rozjaśni. W jej zachowaniu się było pochlebstwo, szacunek i skromne przymawianie się; widocznie pod wpływem tych wypadków (wczorajszych? dzisiejszych?) mąż odzyskał u niej urok nowości, chociaż nie śmiała jeszcze zbyt wyraźnym przejściem do czulszej taktyki dać mu do zrozumienia, że obojętność między nimi trwa już trochę za długo i broń Boże, żeby się w regułę zamieniła.

On tolerował to z przyjemnością, w zwrotach rozmowy dawał do poznania, że ustępuje, rozkoszował się niedomówieniem głównej rzeczy w sytuacji, z zadowoleniem widząc, że i Ola się na tym rozumie. Bolała go trochę głowa, więc przesadził w objawach odczuwania tego bólu, skarżył się, aby powiększyć jeszcze miłą dlań sympatię Oli. Mimo to, choć go ciągnęło, obawiał się czy wstydził przejść na teren pocałunkowy; komunikacja w tym względzie odbywała się między nimi za pośrednictwem dzieci, które nadto — zwłaszcza Oli Pawełek — dostarczały tematu do różnych miłosnych aluzji. Nie przyszło jednak do żadnego serdecznego wybuchu. Ola, zajęta jego bólem głowy, zbliżała się doń nieraz, chcąc dotknąć jego czoła, ale i ona mimo woli wolała przeciągać strunę tej tęsknoty z bliska czy też nie chciała, bała się pierwsza przekraczać Rubikon. Wprawdzie on myślał sobie, żeby ją na dobranoc pocałować w rękę, ona zaś przygotowaną była uprzedzić go w tym i jego w rękę pocałować, lecz obojgu zabrakło stanowczości. W końcu Strumieński, skarżąc się na coraz większy ból głowy, oddalił się.

XVII. Komedia tryumfalna

Ola była nieco zawiedziona w swych oczekiwaniach, że wszystko zaraz się rozwiąże i wyjaśni, bała się, że jej rozkochany stan będzie może daremną robotą i że piętno zdrad przylgnie do jej męża, zanim zgoda nastąpi. Pomyślała sobie przeto, że on się wstydzi, boi, żałuje, chciałby wynagrodzić, ale myśli, że jest zbrodniarzem, taki był smutny, skruszony, tak go głowa bolała. I zapewne go jeszcze boli, zapewne on się tam wije z bólu, bije z własnymi myślami, przyzywa ją po cichu, ale boi się przełamać lody, które wytworzył on — czy może raczej ona?

Strumieński tej nocy dość długo przewracał się na łóżku, nim zasnął, a zasnął z myślami o Berestajce. Miał najprzód sen, że mu wbijają gwóźdź w głowę (wskutek bólu głowy), a po 15 latach wykopują na cmentarzu czaszkę z tkwiącym w niej bretnalem. Czytał on jeszcze bardzo dawno historię, że w ten sposób wykryto raz jakąś zbrodnię popełnioną przed 15 laty; widocznie za dnia podczas odwiedzin na cmentarzu tabliczka z tym wspomnieniem sama się wynurzyła i sen przygotowała. Zbudził się, a potem we śnie znowu Berestajka i przebyta z nią scena zaprzątały jego umysł, ale bynajmniej nie w erotyczny sposób. Otrzymał przez nią obstalunek od bogatego Hiszpana nazwiskiem Rosolo (?) i w obecności Gasztolda zapakowywał dla owego Hiszpana obraz przedstawiający pogrążone w morzu mózgi ludzkie. Objaśniał i opowiadał Gasztoldowi o tym obrazie, ale ponieważ sen jest siecią zanadto pajęczą, żeby pomieścić w sobie dwie świadomości, dwa nieprzesuwalne rezerwoary zdarzeń, rychło więc pokazywanie zmieniło się w akcję. I oto Strumieński znalazł się na dnie zielonego morza, w którym w górę i w dół pływały wstrętne, potworne ryby z głowami ludzkimi. Ryby gadały do siebie i śpiewały, a jedna z nich z głową brodatego Żyda (dlaczego nie Angeliki?) ścigała go, on uciekał po dnie, potykając się o swoje muszle, ale coś odrywało go od dna i podnosiło w górę do owej ryby. W przerażeniu obudził się, lecz jego trwoga przed potworami nocy trwała dalej; nie mógł ani rusz stać się sobą i wyzwolić się. Wtem usłyszał w pokoju jakby bliski szelest i tłumiony oddech: ktoś był naokoło niego w ciemności, zbliżał się nieuchronnie, skradał się, by śmiertelny cios zadać. Serce mu bić przestało, a pod kołdrą spotniał cały. Jakaś wyniosła postać jakby się wynurzyła spod ziemi i zaczęła się nad nim pochylać. Nagle wyskoczył z łóżka i wydawszy krótki okrzyk trwogi, chwycił ją za gardło, obalił na ziemię i dusił z całej siły. Ale wtedy poczuł pod dłońmi jakieś ciepłe ciało i długie włosy, na dłoniach ręce usiłujące go odepchnąć, usłyszał skarżący się jęk kobiecy i ocknął się. „Kto tu?” krzyknął.

„To ja, nie zabijaj mnie” — odrzekł głos; była to Ola. Strumieński oprzytomniał zupełnie, podniósł żonę, która sama wstać nie mogła, i złożył ją na łóżku. Potem zapalił świecę i oświecił jej twarz: była blada, chwytała oddech szeroko, oczy miała przymknięte, zdawała się nieprzytomną. Zaczął ją całować gorąco i mówił: „Nie bój się, nie, to ja przez sen tylko, co ci jest najdroższa, Olu, Oleńko, Oleczko, żono moja, matusiu prześliczna, ptaszku złoty, zbudź się, powiedz choć słówko do mnie, nie gniewaj się, moja perło, mój brylancie, moje wszystko na świecie, mój aniele — prawda, że ci już nic nie jest? Nio, nio, otwórz twoje oczęta cudowne, spojrzyj na mnie, cóż boli, boli, bardzo boli — oj boli, boli — mój aniołku, takaś bladziutka jak śmierć” itp. Ola otwarła oczy, uśmiechnęła się i prosiła po cichu: „Wody”. Strumieński wyszedł przynieść karafkę z wodą, a wtedy Ola podniosła się, wyjęła szybko szpilkę tkwiącą w kaftaniku nocnym pod szyją (szpilka ta przedtem drasnęła ją lekko), zrobiła nią sobie na szyi krwawą rysę i znowu opadła na łóżko. Strumieński wrócił, nalał wody do szklanki, nacierał czoło i twarz Oli i podniósłszy jedną ręką do góry jej głowę, drugą przytknął szklankę do jej ust i dał jej pić jak dziecku. Ola chlipnęła parę razy, powiedziała: „Dziękuję” i znowu opadła głową na poduszkę, pokazując szyję. Strumieński dojrzał krew, ten widok całkiem go zgnębił, nie wiedział już, jak przepraszać, zmywał krew chusteczką umaczaną w wodzie, czuwał co chwila nad tym, by krew nie występowała, choć to była tylko mała ryska, całował zranione miejsce, całował rękę Oli podnoszącą się do szyi, pytał, czy może kompres, może waty lub jakich maści, potem szukał szpilki i badał przy świecy jej koniec, czy nie jest zardzewiały, ażeby jego anioł nie dostał gangreny i nie umarł. Ona zaś uśmiechała się do niego, a potem zamykała oczy i znowu je otwierała, uśmiechając się — było obojgu bardzo błogo w tym przedłużaniu nad potrzebę swoich ról: pocieszanej i pocieszyciela. A kiedy ją znowu zapytał, czy jeszcze co boli, potrząsnęła głową — wzięła jednak jego dłoń i kładąc ją sobie na sercu, rzekła: „Tu boli”. To jego, a potem ją rozweseliło, nachylił się i pocałowawszy w czoło, nazwał ją jeszcze swoim dzieckiem najmilszym i swoim kotkiem delikatnym. „Właśnieś mnie wyratowała, jak miałem brzydki sen, jakiś Hiszpan czy Rosjanin miał mnie zjeść — a ja za to ciebie udusić chciałem. Jeszcze odrobinkę później, Oleczko, a byłbym zjedzony, i co byś jutro ze mnie miała”. Zrobiła na to poważną minę i opowiedziała mu, że właśnie i ona miała o nim straszny sen: śniło jej się, że on umarł, ona płakała i to ją taką trwogą napełniło, że musiała wstać i przybiec do niego i przekonać się, czy on żyje, bo bez niego i ona żyć by nie mogła. Gdyby on wiedział... „Nie mówmy o śmierci — rzekł Strumieński. — Więc Ola dlatego przyszła? Ano jestem zdrów i cały, jak widzisz”. „Broń Boże — rzekła po chwili Ola pod wpływem jego zaniepokojonego wzroku — ani mi się to śniło. Widzisz — chciałam tylko widzieć... czy cię jeszcze głowa nie boli”. To wyrzekła znacząco i odwróciła głowę, niby nie śmiejąc mu spojrzeć w oczy. „Nic, nic a nic już nie boli” — rzekł Strumieński, westchnął, a potem znowu nachyliwszy się nad Olą, rzekł, że to jest piękna, piękna chwila — Ola zaś dostrzegła w jego oczach łunę budzącej się żądzy, która usiłowała być dyskretną.

Właśnie podczas tego romansowania zaczął na dworze padać deszcz — i wtedy spostrzegli oboje, że jedno okienko jest nieprzymknięte, bo deszcz w szybkę dzwonił, a czasami wpadał i do środka na wazonki pod oknem. Ale było im tak dobrze, żadne nie chciało się ruszyć, a Strumieński mówił, że byłoby mu teraz bardzo nieprzyjemnie wystawiać rękę za okno (pewne zwierzenie). „Dlaczego, czy się boisz? — (niezręczność) zgadywała Ola i dodała: — »Idź zamknij, rzekła baba...«”. „Boję się kataru, ale chcę ci jedną rzecz wyjawić, najsłodsza”. „O, jeżeli ci to ma przykrość sprawić, to nie mów, nie, nie, ja się nie domagam, ja nie jestem taką, jak inne kobiety, które prześladują mężów swoją zazdrością, bo cię kocham”. „Czy mnie naprawdę kochasz?” — „Ależ pisaliśmy sobie, pamiętasz? Że miłość nie istnieje”. Potem, śmiejąc się, prostowała: „A kogoż mam kochać jak nie ciebie? Kto jest od ciebie lepszym, piękniejszym, wykształceńszym? Ty może jeszcze zawsze o tego Gasztolda? Ale wstydź się porównywać siebie z takim chłystkiem”. „Popatrz mi w oczy, żonusiu, ty coś wiesz o mnie, prawda? Przyznaj się. Popatrz mi w oczy!”. Patrzyła, mierzyli się wzrokiem, na dnie oczu mieli dawne wrogi. „Ej, ej, czy ty mnie może podejrzewasz o Rosjankę, z którą tu figlowałem, chcąc ciebie rozkochać, ej?” — „Chce mnie zmylić z tropu?” — myślała Ola i rzekła mściwie: „Gdzież tam, poniżyłabym siebie i ciebie takim podejrzeniem, zresztą nie mogłabym być zazdrosną o taką tam... Dlaczego ty nie jesteś szczerym ze mną, tak jak dawniej? Co się tobie stało?”. W tej chwili okienko skrzypnęło trochę silniej, Strumieński wstał i zamknął je, nie śpiesząc się (robił sobie symbol), po czym, wróciwszy do żony, rzekł: „Więc ty mi nie masz tego za złe, Olu?”. Przybrawszy minę nieco bolesną, mówił dalej: „Widzisz, ja ci to chciałem dawno powiedzieć, wtedy — ale zabrakło mi odwagi, oszczędzić cię chciałem, zresztą, tyś była wtedy taka niepoczciwa. Nie mogę mówić, nie nie, wiąże mnie przysięga, ale skoro przypadek tak wczoraj zrządził... ach na coś ty to zobaczyła, teraz może nas jakie nieszczęście spotkać (liczył na jej zabobonność). Ale niech i tak będzie... rozwiążże mi usta twymi pocałunkami, Olu”. Pochyliła się nad nim i spełniła jego żądanie. „Przerażasz mnie, ale masz tu, masz, masz, no no, niechże te usta mówią, już otworzone”.