Strumieński zaczął chodzić po pokoju. „Ale musisz mi przysiąc... na to, co masz najdroższego, że zapomnisz o tym, co ci powiem. E, co mówię, przyrzeknij mi tylko”. „Ale jakże możesz... po co ja mam zapominać, ja chcę pamiętać, ale jeżeli każesz, to zapomnę. Czy ci może co grozi? Podziel się tym ze mną — ja dotychczas nie chciałam być taką jak Elza Lohengrina197, ale teraz czuję, że ona miała słuszność. Wiesz, ja nigdy tego nie mogłam zrozumieć”. (Powtarzała to, co Strumieński jej swego czasu mówił jako swoje, ale Strumieński mile widział teraz ten plagiacik.) — Zaśmiał się, siadł koło niej: „E nie, nic nadzwyczajnego, tylko że nie zrobisz żadnego użytku z tego, zachowasz się, jakby nigdy nic”. „Przyrzekam, przysięgam, co zechcesz, ale mów — ja czuję, że ty od dawna coś w sobie dusisz”. „Więc dobrze, opowiem ci różne historie, prawdopodobne i nieprawdopodobne, cudowne i pospolite, tylko słuchaj”. „Czy mi to tutaj opowiadać będziesz? A która godzina?” — „Dopiero po dwunastej, nie niecierpliw się, zajmie cię to”. „Mów, mów, jak zechcesz, ja cię w niczym nie krępuję, cała się w słuch zamieniam. Zaczynamy nowy rozdział pod tytułem: »wyjaśnienia«, nieprawdaż?” — „Tak, tak, moja droga — tu klasnął dłonią o jej dłoń — wyjaśnienia, wykład, a potem demonstracje”. „O to to widzisz, na to ciekawam”. „Oho, trochę cierpliwości, moja pani — weźże mnie za rękę, ja zbiorę myśli, tylko jak będziesz widziała, że przestaję, że waham się, to ściśnij mnie za rękę”.
Siadłszy na krawędzi łóżka, Strumieński zaczął opowiadać to, co miał już od dawna wystylizowane w umyśle, z początku szerzej, potem dał się unosić prądowi opowiadania i przyjemności ustnego określania swych wrażeń i zapatrywań z nich wysnutych. Wnet opuścił szlak utarty, wytknięty swym pamiętnikiem, bo wskutek długich rozmyślań wiele się rzeczy w nim po cichu skupiło, i teraz mówiąc, odkrywał nowe przejścia, których przedtem nie zauważył, nowe tajniki i pogłębienia. Już nie siedział, lecz chodził, mówił w sposób naturalny, nie zważając niemal na żonę — ale ponieważ sprawa stawała przed jej trybunałem, więc ją osobno na podorędziu przerabiał, przesadzał, barwił. Gdy się tak rozpędził, wynurzały się w jego umyśle z toni nieświadomości także pewne szczegóły, których dotąd prawie nie tykał, i stanęły w kącie jego świadomości jako ostatnia rezerwa. Miało to niby praktyczny cel: aby złudzić Olę co do Berestajki, aby zerwać z Angeliką, aby wyczuć rozkosz pogodzenia się z żoną — ale środek wyemancypował się spod celu198.
Między innymi określał Strumieński żonie charakter Angeliki, w wykładzie jego jednak znać było jakby wahanie się dwóch sprzecznych uczuć. Równocześnie pod niebo wynosił Angelikę i obmawiał ją np.: „Ona właściwie nigdy mnie nie kochała, była tylko ze mną związana jakimś specjalnym pociągiem zmysłowym, a zazdrość jej (chwalił się trochę) była jeszcze większa niż zmysłowość. Jej śmierć! To rzecz szczególna — wśród jak dziwnych okoliczności to nastąpiło. Nigdym ci o tym nie mówił. W pamięci mojej wirują różne wspomnienia, zgłaszają się. Można ją nazwać obłąkaną, wariatką, ale i świętą — my mali ludzie (przymówka do Oli) wiele byśmy u niej zrozumieć nie mogli. Ja też dotychczas jestem w rozterce, domysły moje uspokoiły się, nic mnie nie obchodzą jak nieodkryta zbrodnia, ale pokutuję w duszy jak duchy cmentarne. Oto jeden z takich nierozjaśnionych tajników”. Tu opowiedział w sposób mający zjeżyć włosy na głowie swoją hipotezę co do garbatego dziecka Angeliki, które mogło być przyczyną jej obłąkania i samobójstwa. „A może co innego? Kto to wie? Ty Olu, ty jedna — przed twój trybunał mają pójść wszystkie moje obawy i skrupuły, ty będziesz moim spowiednikiem i dasz mi rozgrzeszenie, jakiego dawno pragnąłem”.
A w duszy — nie złośliwie, ale nieprzeparcie szemrała mu zapowiedź roztoczenia przed Olą pawich piór swojego życia podziemnego, swoich ekstaz i ostatnich ostatków tajemnicy... „Czekaj — szeptało mu tam do Oli — przygniotę cię ja moją spowiedzią (przesadzał jej znaczenie), upokorzę cię”. Więc Ola, przeczuciem (na podstawie jego tonu i analogii z dawnymi podobnymi scenami) odgadując jego zamiar, rzekła:
— Ale przerażasz mnie, co ja ci mam przebaczać i rozgrzeszać. Zmiłuj się, ty wszystko powiększasz, rozpalasz się. Posłuchaj mnie, mój najdroższy, ja znam ciebie, ty jesteś najlepszy człowiek w świecie, ale nie szarp twojej Oli nadaremnie, takem już w tych dniach cierpiała z powodu ciebie, oszczędź mnie, nie szydź. Tak mi już w skroniach pulsa biją. Widzisz, to to skwarne powietrze tak działa i tobie także tak oczy świecą. (To znaczy: to nie z duszy ci idzie, ale z ciała ten zapał, więc nie wzbijaj się w dumę i nie tumań mnie).
On nie pozwalał wydrzeć sobie planu i wykonał manewr w celu pozyskania jej współudziału odrobinką szczerości: „Ach, ty myślisz znowu, że ja chcę grać przed tobą jakąś komedię, ty mnie zawsze o to posądzasz” — usiadł przy niej, ujął ją za rękę. „Zlituj się, Olu, przecież ty mi jesteś najbliższą, do śmierci związaną, z tobą mam dzieci i pod jednym dachem mieszkam i mieszkać będę, nie bądźże wrogiem moim, nie sądź mnie tak. Korzystaj z tej chwili, bo ona może już nigdy we mnie nie wróci, przebacz mi, jeżeli ci się mój ton trochę patetycznym wydaje, ale to taka nawyczka (prawie już ją pozyskał, ale nie dowierzała jeszcze), wyrwij mi z serca zabliźnioną drzazgę, abym wyzdrowiał i był już z tobą”. (Poznała, że się za daleko posunęła, wzruszył ją jego ton serdeczny, zawstydziła się, że nie jest sama taką, i nic nie mówiąc, zaczęła go głaskać po twarzy i całować). „Czy pada tam jeszcze? O już ustaje. To niechże to wreszcie już raz powiedzianym będzie — po co ja okrążam wiecznie (a dalej okrążał, bo chciał naprężyć strunę), zdejm ze mnie ten ciężar hipnozy. Ona, wiesz kto, znalazła przed śmiercią sposób, żeby na całą mą przyszłość rzucić swój jaskrawy obraz, swoje piętno na mej duszy wypalić, obraz swojego ciała — i ja to mówię nie w przenośnym, ale w dosłownym znaczeniu. Widziałaś go, Olu, prawda? (Tak nawiasem uporał się ze sprawą uprzedniego wiedzenia Oli o obrazie; Ola tylko drgnęła, zawstydziła się, jakby przyłapana na gorącym uczynku fałszywości). Ale nie dość jest to widzieć, to trzeba rozumieć, odczuć, wiedzieć całą historię. Chociaż mogłabyś to uważać i za zwykły figiel tylko, za zabawkę dziecinną — (tu sam sobie przerwał i aby natychmiast zboczyć, zabrnął w inną stronę) wiedz więc najpierw o liście, który mi zostawiła Angelika” — opowiedział bliższe szczegóły — „treści nie pamiętam dokładnie, tylko tyle a tyle” — powiedział, ile pamiętał, a zacytował tylko koniec — „»jeżeli chcesz mnie uratować od śmierci wiecznej, to uczyń tak, a ja zamieszkam w tobie i będę przy tobie w godzinie śmierci«. Widzisz, jaki biblijny styl, i ona mnie tym wiązać chciała”.
„I ty się pozwoliłeś...?” — „Ach, to jest właśnie (okrążał) — pozwoliłem, będziesz słyszała historię mej żałoby i spytasz, czemum sobie w łeb nie palnął...” — „Ach nie mów tego, nie wolno ci tak mówić”. „No no, dziecko moje, widzisz, tylko ten list, nie pamiętam go dobrze, on zawierał jakieś różne, ale niejasne, pityjskie informacje, co zrobić w przyszłości, i ty tu radzić musisz, jak z tą klątwą (kłamał) zerwać, bo ja sam się boję, nie boję, ale nie mogę — wiesz przecie, że w nas wszystkich tkwi atawistyczna żyłka pogańska, wiara w duchy, penaty i lary, zabytek po naszych przodkach, w krwi to mamy, i ty pewnie sama czujesz takie różne obawy, trwogi niewytłumaczalne”.
Tu Strumieński umilkł i widocznie (?) coś mu się stało. Ola ściskała go za rękę, patrząc mu w oczy, on tolerował tę jej troskliwość, wobec której rósł jego smutek (chęć do szczerych uczuć smutku, aby je wyzyskać). Po pewnej pauzie rzekł nagle: „Pozostaje nam jeszcze jedno do zrobienia, możemy pójść, deszczyk już ustał. Czy pójdziesz ze mną?”.
— Dokąd? Czy tam?
— Tak.