— Ach, dziękuję ci (w oczy wlała wyraz błogiej wdzięczności) cieszę się, cieszę — a potem będziesz już mój, prawda?
— Odziej no się, Olu — ależ ja jestem, jestem twój — żebyś się nie przeziębiła.
Narzuciła na siebie szal, wyszli, on za chwilę wrócił, wziął swój szeroki płaszcz góralski (zobaczymy później po co), narzucił na siebie, objął ją za szyję. Gdy weszli do salonu, rzekł: „Ach, gdybyś wiedziała, jaka tu się rozegrała scena!”. Pytająco spojrzała. „Potem, mamy całe życie czas na to — a teraz zapewne nie uwierzysz, że ja czuły jestem na takie rzeczy, ale zaczekaj tu, siądź w ciemności do fortepianu i zagraj mi... to ulubiony mój kawałek, a ty to grasz prześlicznie, taki mam w piersiach dziwny nastrój — zrób to, zrób, nie wahaj się, błagam...” (chciał ją sobie ująć i zrobił jej przyjemność, niejako i zapłatę na dalszy współudział, za dalsze jej służenie jako medium). „Ach, zrobię, co zechcesz, byle cię uspokoić”.
Siadła do fortepianu i grała, podczas gdy on otworzył oszklone drzwi i stanąwszy w nich, patrzał w ogród.
Z całego kawałka, który grała Ola, podobało mu się właściwie tylko jedno miejsce, reszty nie rozumiał, mimo to silił się przejmować nim, dotrwał w swej roli pilnego słuchacza. (Bo nie analizował jej tak, jak i owej pięknej sytuacji na ganku; por. s. 298 w. 1 i n. a s. 306 w. 15199).
Była jasna noc; wilgoć panowała w atmosferze, rosa była na kwiatach (niby łzy?). Szli. (Tu mam sposobność popisania się talentem poetyckim — ale nie bardzo mi się chce robić nastrojków, wskażę tylko miejsca, gdzie bym mógł udoić „poezję”, a wypełnię je może kiedyś później w popularnym wydaniu Pałuby). Skoro tylko uszli kilka kroków, przybłąkały się do nich dwa czarne widma: były to psy łańcuchowe strzegące domu, które poznawszy pana i panią, skakały teraz naokoło nich i skomlały po cichu z radości. Strumieńscy, nazwawszy psy po imieniu i pogłaskawszy je, poszli dalej w tym towarzystwie, lecz psy wnet ich odbiegły. Na ścieżce rozlały się kałuże błota, Strumieński wziął żonę na ręce, by sobie „nóżąt” nie powalała, ona zawiesiła mu ramiona na szyi i, patrząc w gwiazdy, czuła (decyzja) takie szczęście jak nigdy jeszcze.
Były to tak zwane szczęśliwe chwile, a zdarzenia życiowe rzeczywiście czasem, dość często nawet, przy dobrej woli do autosugestii i pieniądzach zaguźlają się, zwężają w takie chwile szczęśliwe lub poetyczne. Temu nie przeczę, chociaż mi niejeden zarzuci, że sprozaiczam wszystko, ściągam w dół (uwagę takich zwracam na świeże porównanie o kwiecie, który analizowany traci zapach). Życie składa się z różnych składników, a nici bezimienne krzyżują się w różne guzki, nawet „piękne”. Otóż Strumieńscy czuli tę szczęśliwość i mimo woli chcieli przedłużyć ją, wyssać, nie śpieszyło im się też bardzo tam, dokąd szli, jakby przeczuwali (?) nieporozumienia. Więc najprzód do swoich kwiatów — nacieszyli się kwiatami i swoją wspólnością w tej dziedzinie, potem, gdy psy ich znowu obskoczyły, łasząc się, Ola powiedziała: „One nas prowadzą do siebie, odwiedźmy ich, Luta ma pieski, zróbmy jej wizytę”. Ujrzeli Lutę na słomie, warczała, pod nią niby milion piszczących szczurków wiszących u wymion. „Luta, Luta, my ci ich nie weźmiemy, nie, nie, tylko się napatrzymy”. Ot w tym punkcie np. poetyczne odczuwanie sytuacji przez nich polegało tylko na nieuświadomionych asocjacjach: pieski to niby dzieci, rodzina, w tak małym kółku, spierwotniona, ale zgodna (?), mikrokosmos, symbol uczuć familijnych — a więc znowu trącona struna ich wspólności. Następnie szli przez ogród wśród drzew owocowych. Zagrzmiało, błyskawica rozdarła niebo, Ola krzyknęła i schroniła się do pobliskiej altanki z poprzeczek brzozowych, tam ją Strumieński uspokajał — choć nie było potrzeba — całusami (poetyczniej: pocałunkami), a gdy wyszli, wiatr zatrząsł drzewami, z jabłoni spadło kilka jabłek w wilgotną trawkę, jedno jabłuszko potoczyło się do nóg — koło nóg Oleńki — hołd i dań drzew, składane swemu państwu! — a Strumieński, który miał dobry wzrok, znalazł jabłuszko i podał Oleńce.
Są w muzeum. Zaraz ogarnął ich charakterystyczny chłód panujący w salach przestronnych, niezamieszkałych przez ludzi. Ola, widząc szybę i różne nowości, pyta męża, skąd się one tu wzięły; on jednak wymija jej pytania (bo musiałby mówić o Pawełku), ironizuje sobie: „Oto jest ten pogański ołtarz, wykopalisko z czasów przedhistorycznych!”. Przysuwa dla żony trzcinową kanapkę (u Oli myśli: „Gdzie to było? Tu czy tam?”), sadza na niej żonę i mówi tajemniczo: „A teraz dam ci przedstawienie!”. Położył obok Oli swój płaszcz, objął ją wpół i pocałował, nie zważając na jej ciche pytanie: „Co ty chcesz robić?” i zgasił przyniesioną latarkę. W tej chwili zaświeciły tajemnicze oczy, czerwone błyskawice przebiegły pokój, a za szybą pojawiła się wielka głowa ludzka, nasycona światłem. Można jednak stracha odesłać do domu! I uczynił, że znów było ciemno w pokoju, i znowu potem stracha zawołał. Tłumaczył Oli cały mechanizm optyczny. Że rzecz nie polega wcale na jakichś wynalazkach, które mają być dopiero wynalezione, jak cudowności Poego200 lub Vernego201, ale na znanych już fenomenach, na interferencji światła i na sekretnych farbach profesora Lipmanna, i wcale nie wymaga koncesji prawdopodobieństwa. Ola niewiele z tego rozumiała, ale rozumiała przecież tyle, że cudowność nie odgrywa tu żadnej roli, i jej oczekiwania zawiodły ją nieco, zwłaszcza gdy Strumieński kładł nacisk na tę naturalność tj. tak zwaną sztuczność zjawiska. On to robił z pewnym celem, wprawdzie bowiem zamierzał opowiedzieć jej tu historie ze swojej żałoby, lecz wstydził się, zresztą odkładał to na kiedy indziej, w tej chwili zaś zajmował się figlarnymi myślami, do których popychała go konsekwencja miejsca i okoliczności.
Angelika kąpała się tam i patrzyła mu przenikliwie w oczy, widziała go tu pierwszy raz w tym towarzystwie i zapytywała: „Co ty tu robisz? Czy już chcesz skończyć ze mną — zabić mnie?”. A on patrzył jej również w oczy po dawnemu, zuchwale, odpowiadał jej buntowniczo w myślach i rzekł do Oli: „Pocałujemy się tu przed nią, niech widzi. Widzisz, nie zadrżała, nie ruszyła się, znowu pocałuj. Cóż ty na to, Gela, zrób nam co, rzuć piorun, przerwij naszą miłość! Olu, powiedz głośno: przerwij naszą miłość!”.
Nie powiedziała, przycisnęła się mocniej do męża, raził ją wzrok Angeliki — słowa Strumieńskiego wzbudzały w niej pożądaną sugestię. Opierając się tej sugestii, rzekła: „Kto ten obraz wymyślił, musiał być wariatem”.