Na prawej ręce Strumieńskiego pojawiła się czarna pręga krwi, Ola chwyciła tę rękę, lecz Strumieński odtrącił ją i sam szybko obwinął sobie rękę chusteczką. Fakt ten popsuł mu trochę efekt, ale on nie dał za wygraną.

— To nic, to głupstwo, to nie moja krew, ale jej... — Chciał wyrazić tę myśl, że chociaż krew zdaje się być na pozór jego krwią, lecz w istocie płynie z jej piersi za pośrednictwem jego ręki; jednak myśl ta nie była jeszcze tak jasną, by się zaraz mogła wcielić w stosowne słowa. Szybciej natomiast przyszła mu druga myśl: — Ha, zresztą sama widzisz, że duchy mścić się umieją. Teraz przynajmniej przekonamy się, czy tam co jest naprawdę. Wyjdźże do nas, szanowny duchu! — Dotknął dłonią płótna. — Widzisz, to nie ciało, to płótno i farby, czego się boisz! Albo czy może mam cię zabawić i powiesić płótno do góry nogami? I to potrafię. Nie ma biedniejszego, śmieszniejszego i głupszego upiora na całym świecie. Ja się całkiem, całkiem czego innego po nim spodziewałem. Chciałem cudu, objawienia, a to pozostało wszystko tak samo.

Głos jego drżał w miarę, im bardziej się zbliżał do głównego rdzenia wyjawień. Nagle ukląkł opodal żony i powiedział: „Napluj, napluj, moja najdroższa!”. Potem niby ziewnął niedbale, wyciągnął ramiona, westchnął, ukrył twarz w dłonie i załkawszy umyślnie parę razy, aby obudzić w gardle fizyczny spazm, zaczął potem naprawdę płakać z cicha, wstrząsając piersiami. Ola, której jego zachowanie się sprawiło przykrość, wzruszyła się znowu, sama płakała, a objąwszy jego głowę, szeptała mu słowa pociechy i miłości. Zraniona jego ręka dawała jej pretekst do łagodzenia go, do troskliwości. „Widzisz, jak ty mnie dziś opatrywałeś, tak ja ciebie teraz! No dajże mi rękę!” — Oderwała mu ją od twarzy, zaczęła obwijać, całować. Po to też on po części ukląkł obok niej, aby z tą ręką coś zrobić. (Zwracam szczególną uwagę na te punkty rozmysłu wśród afektu). Rozgrzany dotknięciami Oli, Strumieński obejrzał się na obraz, wykrzywił się doń, a czując, że teraz najlepsza chwila, by wykonać plan, z którym tu wchodził, a który (mimo Berestajki! o tej teraz zapomniał!) uważał przecież za nieprawdopodobny, objął Olę wpół, przechylił na swój płaszcz. Ola broniła się: „Wstydzę się, ona patrzy, daj pokój!”. Aby ją przenieść w nastrój przygotowany w domu, rzekł: „Ależ nic, niech patrzy! niech nam zazdrości, żeśmy żywi, ach nie opieraj się, najdroższa, niechże już raz pryśnie ten czar — kocham cię!”.

Czy to była miłość ku Oli? Czy wyszydzanie Angeliki? Czy akt jej uczczenia? Ironia czy prawda? Ostatni wysiłek ku obronie Angeliki, a zarazem jej zdradzenie? Strumieński drżał, dotykając ciała Oli, jakby (?) sobie samemu gwałt zadawał, w jego ruchach była zrazu sztywność i ironiczna machinalność, którą im bardziej Ola odczuwała, tym silniej przyciskała go do siebie i całowała, wśród łez, aż wreszcie sprawiła to, że jakby w tajemnicy oddał się jej samej tylko, razem z nią zgłębiając rozkosz zespolenia się dwóch wrogich natur, wzdychających za taką chwilą zgody, wyzyskującą wrogostwo. Więc zwycięstwo Oli? Onaż to sprawiła? Nie — tylko zmysły szły odrębnie swym utartym szlakiem, jako niezbędna oś dzisiejszych perypetii, i one szczerością swoją wymusiły na Strumieńskim szczere miłosne oddanie się Oli. Nad nimi zaś pochylona była opiekuńcza głowa Angeliki, przesycona światłem, bezrozumnie obojętna, z wyrazem twarzy niebędącym w żadnym związku z tym, co się działo i szydzącym z wszelkich interpretacji.

Wreszcie Strumieński ruchem mającym w sobie coś aktorskiego wyzwolił się z objęć Oli, a korzystając ze swojej chwilowej zresztą czysto fizjologicznej swobody, zaczął się śmiać głośno i z przymusem, aż sam nie poznawał, co się z nim dzieje. Drwił tym śmiechem z siebie i z Oli, która w głębi duszy rozzłoszczona, bo się całkiem czego innego po swej „ofierze” spodziewała: wdzięczności, jakichś ostatecznych postanowień, patrzyła na niego wzrokiem mówiącym stereotypowe: „czyś oszalał?” i znowu wyciągnęła ręce do niego, lecz potem cofnęła się, szepcząc: „Ja się ciebie boję!”.

A na to zagrało w nim coś tryumfalnego i rzekł:

— Może masz słuszność. Kto wie, jaka ofiara popłynęła u stóp tego ołtarza. Ten duch żądał mojej krwi — dałem mu ją. (Dwuznacznie, zresztą Strumieński mieszał teraz wszystko).

Aby zaś wydobyć z sytuacji resztkę patosu za pomocą tajemnicy, którą miał w zapasie dopiero od paru godzin (s. 323. w 3. i n.203 ), dodał:

— Bójże się mnie i ty, bo nie wiesz, co cię czeka. Patrz na ten martwy manekin (tu przypomniało mu się słowo Pawełka), na tę pałubę za tym szkłem, ona ust nie otworzy i nic ci nie powie, jeżeli się to nie przeciśnie samo na moje usta, jak przeżerający wyrzut sumienia, bo tego nikt nie wie na świecie prócz mnie i tej tu niemej pałuby, która skończyła samobójstwem — ha ha pyszne samobójstwo! (zmieniając wyznanie) Olu, Olu, zabiliśmy Gelę dla siebie, będziemy teraz żyć szczęśliwi.

Wypowiadając te słowa, czuł Strumieński, że znajduje się na jakimś szczycie swego życia, bo uległ wreszcie tajemnicy, która nań czekała spokojnie od lat tylu, a której dotychczas nie wcielił nawet do swego podziemnego życia, odsuwając ją, prowadząc jakby zupełnie osobny rachunek — podziemne życie podziemnego życia. Wspominałem o niej już przedtem w licznych aluzjach, lecz dopiero teraz wypłynęła ona na sam wierzch świadomości i odwagi Strumieńskiego, wywabiona z podziemia konsekwencją sytuacji.