Patrząc przenikliwie na Olę, badał, jakie to na niej wywiera wrażenie, lecz ona zdawała się być obojętną. W istocie zaś w Oli coraz bardziej kipiało oburzenie, aluzje zaś jego o zabiciu Geli odnosiła do tego, co się teraz stało, do rozbicia szkła, a zresztą nie zważała na nie szczegółowo, bo też i on wyraził się jeszcze zbyt niejasno. Było więc proste nieporozumienie. Otóż Strumieński, spostrzegłszy to, chwycił ją w ramiona i patrząc w oczy, rzekł krótko, ale groźnie:
— Bo musisz wiedzieć — słuchaj — że ja jestem mordercą Angeliki. Ja ją zgwałciłem, tak samo jak dziś ciebie, i doprowadziłem ją do samobójstwa.
Od wzniosłości do śmieszności krok jeden. Efekt chybił, gdyż Ola, wściekła z gniewu, żachnęła się, wyrwała mu się i krzyknęła: „Co mi tu będziesz udawał wariata i drwił ze mnie! Myślisz, że ja nie wiem, co się tutaj dziś już działo! Patrz — naści tu tę podwiązkę — czyja? Czy może twojej Geli? Może to ta pani stamtąd wyszła i zdjęła, co? Co?”.
I pomyślawszy mimo woli: „A tom mu nasoliła!”, pomyślała także, że nie wypada jej być złą, lecz raczej pobitą, upokorzoną, zasłoniła swój kontrefekt płaczem, rzuciła się na kanapę i łkała. Strumieński zgłupiał, zagmatwało mu się wszystko, uczuł namacalnie, w całkiem ordynarny sposób rozchwiewanie się symetryczności w życiu, działanie pierwiastka pałubicznego. Lecz wkrótce zaczął się ratować: kombinować, pojmować, „rozumieć”, i ot, patrząc na Olę, wzruszył się i nową nawałą uderzyło na niego przypuszczenie — jasne niby zupełnie: „Więc ona o tamtą była zazdrosna! Nie o Angelikę! Ja jej imputowałem co innego, a ona mnie karze zazdrością żywą, aktualną, prawdziwą (?)! O, Olu dobra!”.
A w Oli była w tej chwili tylko prawdziwa zazdrość intelektualna o Angelikę pod pozorem Rosjanki — przesunięcie się motywów. Lub może zbiór zazdrości? W połączeniu także z zazdrością o wolność grzechu?
Objął ją, chciał uspokajać, ale ona (żeby z tym skończyć i przenieść walkę na inne miejsce) wyrwała się, wstała, poprawiła włosy i milcząc szła ku wyjściu. Wymykała mu się!
— Czemu uciekasz?
Wyszła. Pobiegł za nią.
— Wróć ze mną, tyle ci jeszcze mam do powiedzenia.
A ona, płacząc, rzekła: