XVIII. Zrobienie fazy
Pączek myśli, który zakwitł u Strumieńskiego w ów dzień, rozwinął się i wyspecjalizował odpowiednio w dniach następnych, a postanowienie, by raz na zawsze skończyć już z epizodem „Angelika”, dojrzewało tak, że wreszcie nie było już postanowieniem powziętym przezeń na przekór sobie, lecz nabrało barw charakterowych Strumieńskiego, upoetyczniło się w jego duchu i usymetryzowało. Nie będę się tu silił iść krok w krok za przebiegiem jego myślenia, zagmatwanego, skaczącego, pełnego raczej wyobrażeń niż myśli, raczej poczuć myśli, szemrzących pod skorupą świadomości, niż samego myślenia, nie będę też zwracał uwagi na sposób dopuszczania do siebie pewnych rezultatów myślowych, np. że Strumieński w wyobraźni stawał przed obrazem Geli i przemawiał do niej oko w oko tak, jak to uczynił owej nocy, kiedy mu psy grały melodię. Tedy według dawnej metody powieściopisarskiej podam poszczególne kwestie i wyniki rozumowań, wiążąc je w logiczną, a nie psychologiczną całość, i tylko tu i ówdzie na próbę będę naśladował sam sposób myślenia.
Otóż najpierw trzeba wyjawić, że wszystkie te wyniki i zastosowane do nich „nowe” poglądy Strumieńskiego (powtórzone zresztą z okresu naturam expellas furca208) były przyrządzone gwoli planu wytworzenia sobie nowego życia miłosnego na gruzach starego. Zajrzawszy raz w oczy zdradzie, zasmakował w niej, zapragnął tego urozmaicenia rozkoszy zmysłowej, którego dotychczas nie miał. Także Ola była mu już tylko rekwizytem z czasów panowania Angeliki, jej zastępczynią. Strumieński upatrzył już nawet osobniki żeńskie, z którymi mógł wypróbować wartość nowych poglądów; dotychczas myślał o nich dorywczo, nie na serio, teraz stały się one motorami „fazy”. Należała do nich przede wszystkim Paulina, nauczycielka w domu Strumieńskich, o której wnet będzie mowa. Dlatego to nie mogę powiedzieć, żeby Strumieński przechodził teraz jakąś walkę wewnętrzną, bo wynik tej „walki” był już z góry rozstrzygnięty — było to więc raczej usprawiedliwianie tylko i pocieszanie samego siebie.
A ku temu celowi stał się głównym jego obrońcą ten sam pierwiastek pałubiczny, który mu wpierw w urządzaniu podziemnego życia tak bardzo przeszkadzał (w rozdz. XI). Teraz Strumieński sam z zaciekłością biczownika rozbijał to życie młotem krytycznym, niszczył jego piękne umeblowanie, nie oszczędzał ani Angeliki, ani siebie, zawarł sojusz z dawnymi i nowymi skrupułami, unikał myśli, które by musiał położyć na drugą szalę. Przyjrzyjmy się, jak tendencyjnie ustawiał teraz te same fakty, które pierwej szeregował pod innymi kątami widzenia. Ot np. wykrył na spodzie swego przywiązania do Angeliki nowy czynnik: wdzięczność. Wdzięcznym był za jej uwielbienie i miłość — ale czyż to było istotnie uwielbienie? Czyż nie odgrywał on tu raczej śmiesznej roli narzędzia, bałwana — na którego ona chwilami z takim uśmiechem wyższości patrzyła? Ich całe pożycie było pasmem różnych kłamstw: on wmawiał w nią, że ona ma talent, a sam jej wszystko poddawał, ba, sztuka była tylko formą miłości zmysłowej, nowym płaszczykiem, zabawką. Brnąc dalej w tych niesprawiedliwościach, rzucał Strumieński kalumnie na swą miłość z Angeliką. Oboje pracowali nad dziełem uszlachetnienia miłości — co za komedia! a w gruncie rzeczy oboje poprzestawali ciągle na... tym samym. Niezrozumiałość, wyższość Angeliki pochodziła tylko z histerii, z jakiegoś nieporządku w umyśle (powtórzenie z ustępu XI). Póki mu to było na rękę, tolerował jej ekstrawagancje, a potem stał się wrogiem — z kochanka. Widział cały szereg komedii, które snuły się dalej. Jej samobójstwo było komedią, żeby go związać z sobą tajemniczym węzłem i zmusić do wypełnienia rozkazów, zawartych w liście (intuicja, o której mówiłem przy końcu poprzedniego ustępu). Wprawdzie odwrotny pierwiastek pałubiczny mógł mu powiedzieć: „A cóż to szkodzi! Właśnie to dowodzi, jak cię kochała!”. Kochała? Nie, pożądała tylko. Więc byłem przedmiotem pożądliwości, nie miłości (hipostazja miłości zamiast analizy!) Fe! Po co rozżalała się fałszywie? Wszak mogła przypuścić, że zasieje niepokój w mym sumieniu, po cóż korzystała z tej drobnej niby-krzywdy, mogła się zabić i bez tego! Kara nie stała w odpowiednim stosunku do jego przestępstwa. Zrodziło to potem inne komedie. I tak cały okres żałoby. Czyż to nie było komiczne209 (rzekoma komedia przesunęła mu się w rzekomą komiczność — chociaż komiczność wyklucza taką komedię, bo owszem potwierdza jej szczerość), jak on na duchy czekał? Doprawdy, mógłby kto z tego zrobić komedię! Lub ten pies — może i to duch? I jak już wtedy myślał czasem o swej przyszłej żonie i te myśli wymiatał. Albo jak zasnął przed lustrem. Dlaczegóż wówczas — wyrzucał sobie — nie zabiłem się? Nie dostałem, obłędu? Zapewne byłem zanadto zdrowym, potrzeba było za pomocą środków fizycznych podkopać zdrowie i rozhulać ducha, bo mens sana in corpore sano210. Ale nie miałem odwagi; dziś za późno na to. Ta dyspozycja, ta potrzeba zatonęła gdzieś we mnie, próżno by ją galwanizować, zaniedbałem swój szczyt. (Forsowane zarzuty mieszają się z drgnieniami żalu). A po tym okresie to już nic nie robił, aby urzeczywistnić program ideału, lecz spychał go na drugich, stwarzał sobie media — media? Komedia! Miał żonę — czyż to już właściwie nie była zdrada, jak się patrzy? Dopiero Rosjanka stała się jego problemem, dlaczego już nie Ola?
Zbliżył się wreszcie i do dalszych punktów szczerości. Wszak powiedział Geli, że niekoniecznie ma być matką, gdyby nie chciała. Czyż więc... tylko, aby uchylić się od macierzyństwa? Czy też raczej idee fixe czystości? Bo znajdował w niej potem inną naturę... ta jej nagła apatia... zapewne wskutek zaburzenia umysłu. Byłże to więc przecież przełom fizjologiczny, szaleństwo? Na to wskazywałoby może i to dziwne, chwilami grozą przejmujące śpiewanie po włosku, które ona sama nazywała swoim „śpiewem łabędzim”. Śpiewem łabędzim? A więc widocznie przygotowywała się do samobójstwa, co potwierdza i ten list... Tyle tych i innych dowodów jasnego rozgarnienia: jeżeli była wtedy wariatką, to była nią chyba całe życie. Tak ubijał Strumieński kwestię niepoczytalności Angeliki, ale ubiwszy ją, napotykał niespodzianie inną, niemniej dlań przykrą i pałubiczną. Jeżeli to nie był przełom fizjologiczny, cielesny, więc — przełom umysłowy, charakterowy? (por. s. 218, w. 23 i n.211). Nie pamiętał już dziś tego i nie rozumiał, bo wówczas kiedy to się działo, zanadto się denerwował samymi faktami, tkwił w nich. A jednak — zdaje mu się — wywierała na niego takie wrażenie — jakby mu się opierała naprawdę, z przekonania, jakby w tym jej nowym zachowaniu się objawiała się dopiero jej istotna istota, jej rdzeń, jej właściwe, dziewicze „ja”. A w takim razie czyż jego późniejszy kult Angeliki był rzeczywiście kultem jej samej, najsamszej? (Błąd, hipostazja jednolitego, transcendentalnego „ja” zamiast „ja” empirycznego, złożonego).
W ogóle poruszeniem sprawy owego zgwałcenia przeciął Strumieński ostatni (?) tajemniczy nerw wiążący go z Angeliką. Używał tej sprawy w dwóch sprzecznych niemal kierunkach, a ku jednemu celowi: by wykręcić się, zamknąć już fazę. Raz więc uważał swój postępek z Angeliką za zbrodnię, za grzech, który odpokutowywał pietyzmem; lecz przyznawał się do tej zbrodni nie po to, żeby pochwalić swój pietyzm, bo wtedy logicznie musiałby w nim brnąć dalej, lecz żeby niejako zdemaskować niewłaściwe pobudki swego życia podziemnego, wykazać samemu sobie, że to życie było tylko upiększoną, uwygodnioną formą pokuty i trwogi, nie miało więc w sobie pierwiastków wielkich, pięknych, czystych, wyjątkowych. Albo też wykazywał sobie głupotę podejrzewania siebie samego o grzech, uniewinniał się, obniżał doniosłość tego sekretnego fakciku, uważał go za coś błahego, żartobliwego, lecz wówczas zamiast wywnioskować: „skoro zbrodni nie było, to motywy twoje były czyste, więc rób dalej to, co robiłeś”, wnioskowało mu: „skoro to nic ważnego, skoro nie popełniłeś żadnej zbrodni, to na cóż się bać, na co tak kurczowo podtrzymywać walący się ideał?”. A i wszystkie te wyrzuty sumienia miał po to, żeby nimi zapłacić za swe odstępstwo.
...czyż zresztą to był gwałt? (naśladuję uparte powracanie sumienia do najdrażliwszej kwestii). Gdzież są różnice? Czyż w końcu nie poddała się sama? W istocie sumienie jego jest zbyt skrupulatne. Przecież w ten sposób chciał ją otrzeźwić, przeszkodzić jej ucieczkom, złamać jej uparte, uroczyste milczenie, które go drażniło, a może nawet — zdemaskować ją? Co prawda mógł się nieco wstrzymać, czekać, znosić dalej jej obraźliwe obchodzenie się z nim. Ale miał przecież różne dawne upoważnienia — jej dumę łamał wtedy nie po raz pierwszy. A nawet i wtedy — czyż nie wyzywała go właściwie sama swoją ironią i ostentacyjnym chłodem? „Spróbuj — zaczepiła go — a ja się zabiję” — jakby siebie samej dobrze nie rozumiała. A więc redukowało się i to do walki pierwotnej między „mężczyzną” a „kobietą”. Chętnie podstawił ten dualizm na miejsce dopiero co pomyślanego dualizmu „dziewiczości” i „zmysłowości”. Lecz zstępował jeszcze głębiej. Alboż mu istotnie szło o skrupuł zabójstwa, czy nie raczej o to, jaką ona dawniej była? O coś oderwanego od niej? A nawet po jej śmierci strata tej dawnej, tej gorącej kochanki była czasami przykrzejszą od straty jej w ogóle — chociaż przykrość ta musiała stać w kącie wobec panowania oficjalnego, wielkiego smutku... Czyż w takim razie — pytał znowu — jego późniejszy kult Angeliki był rzeczywiście aktem wdzięczności, wynagrodzenia, ułagodzenia, a nie skrytą tęsknotą ku jakimś śliskim, „podziemnym” ideałom, które tylko uszlachetniał jej firmą?
I przy tej sposobności znowu (por. s. 215) odczuwał niechęć do autora Marii Dunin212 za to, że przedstawił mu niejako tę drugą fazę Angeliki wyidealizowaną, a jego w faunie, który opowiada, niechęć i za to, że ten punkt nie jest tam wcale rozstrzygnięty, ale zostawiony, jakby się rozumiał sam przez się, podobnie jak absolutna niewinność Anielki w Bez dogmatu. Bo Strumieński wprawdzie jako dziecię racjonalistycznego wieku nie wierzył w anielskość kobiet i czasem żartował z niej, jednak dotychczasowa nauka nie dawała mu dostatecznych środków do rozumienia wielu skomplikowanych wybryków kobiecych i dlatego na wzór wielu ludzi współczesnych posługiwał się trwającymi jeszcze, a wciąż odgrzewanymi (przez archeologów umysłowości) tradycjami rycersko-romantycznymi, do których należy pojmowanie kobiety jako „istoty, która...”, anioła, stróża czystości itp. Polemizując więc w duchu z autorem Marii Dunin, „wierzył” przecież w idealność kobiety, a raczej bał się, by ona naprawdę nie istniała.
A z Berestajką jak to wszystko zdążało wybitnie do jednego celu, jaki stanowiło urok to bez ceremonii. (Myśl ta kiełkowała już na s. 309 w. 15 i n.213). Natura, mistrzowska natura — jak od razu zburzyła ona cały gmach komedii i kłamstwa, od razu, jednym podmuchem! Jedno żywiołowe zachcenie i już po wszystkim. Na zewnątrz można być tym a tym, wyznawać taką a taką religię lub zasady, a natura przecież zawsze zrobi swoje. Wdziera, wślizguje się wszędzie; przykładem ci święci pustelnicy, którzy jej pokusom oprzeć się nie mogli. O jakaż wszechpotężna pani — matka natura!
Tak uległ Strumieński potrzebie podciągnięcia nowego wypadku, który jeszcze wczoraj mącił mu życie, pod nowy system i znowu rzecz zabarwił, przekręcił. Bo jak wiemy, nie „matka natura” grała tu główną rolę; jego grzech z Berestajką wyniknął w większej części z wewnętrznego musu, jak skok w przepaść, z psychicznego zawrotu głowy, był także konsekwencją okoliczności i terenu (samorząd faktu). Wreszcie dodać warto, że Strumieński jakby zupełnie unikał rozważania możliwości nowej formy kultu Angeliki, tej możliwości, o której sam wspomniał w rozmowie z Olą (s. 346. w. 23 i n.214). Ale sposób ten zaginął w potopie jego myśli, jak w ogóle konflikty ludzkie tylko czasem mają niedokładne żywe komentarze, półanalogie i fałszywe analogie. Chodzi o to, że Strumieński, idąc szlakiem idei z Powinowactw z wyboru, mógł adoptować swój egoizm na rzecz Angeliki i zamieniać akty zdrady na akty wierności, gdyby był pojął miłość ku Angelice jako całokształt wszystkich najbardziej swoich chwil w życiu, a więc np. wszystkich wyzwoleń fizycznych i intelektualnych, gdyby w niej chciał widzieć konsekwentnie, tak jak dawniej podczas podziemnego życia: bóstwo opiekuńcze swego egoizmu, kochankę nadzwyczajną, która w nim może kochać nawet i to, czego by nikt inny nie kochał, i brać w tym udział. Wówczas nawet mógł ex post usprawiedliwić grzech z Rosjanką i wcielić go do kompleksu z napisem „Angelika”, zamienić to na naumyślność, co było przypadkowym. Co prawda wyglądałoby to raczej na rozbicie idei, a nie na rozszerzenie jej, gdyż taka wierność jest już tylko pozorną; lecz przecież i to wszystko, co się dotychczas działo, było tylko snuciem przędzy idealnej, nonsensowej, dowolnym „pojmowaniem”, robieniem fałszu. Zaznaczyć też trzeba, że Angelika, pisząc swój list, bynajmniej nie myślała o takich konsekwencjach, bo pojmowała wierność po prostu; ale wbiła Strumieńskiemu w głowę pomysł z Powinowactw z wyboru, według którego on jej ideę zreformował. Jeszcze dalej iść w kierunku tak zreformowanej wierności ani mu się śniło — tym bardziej że skoro nie było w przeszłości odpowiedniego układu z Angeliką, odpowiednich niemożliwych obietnic z jej strony, więc brakłoby mu sugestii pewności co do równoczesnego mistycznego współudziału Angeliki w jego aktach samolubnych, a tylko taka iluzja współudziału mogła podtrzymywać dalsze szaleństwo. Tak tedy karkołomna idea Angeliki i Strumieńskiego, idea miłości pozagrobowej, urwała się, bo nie była daleko obmyślana i do sił ludzkich zastosowana. Zobaczymy później, w XXI ustępie, że Strumieński przecież mimo to snuł pewien dalszy ciąg swego podziemnego życia, ale nie ten tu nakreślony, na który mu już brakło zapału. Chciał być wolnym, zresztą raziłoby go zbyt oczywiste przekręcenie faktów. Wprawdzie bowiem mógł widzieć np. w scenach przed obrazem Angeliki pewną ironię i wybuch protestu u siebie i wziąć to za zadatek „poprawy”, ale gdyby nawet myśl ta próbowała zachwiać jego nowe plany, odparłby ją za pomocą odpowiedzi, że ironia była dopiero w scenie z Olą, to zaś, co się tam przedtem stało z Berestajką, było z całkiem zwykłego zmysłowego materiału. I tak ignorował Strumieński (p. f.215) zupełnie tę wielką, na spodzie leżącą dozę brania na serio, którą ukazałem w jego „komedii tryumfalnej”, bez wahania nazywał całe swoje życie podziemne „komedią” (por. s. 387216), aby je albo zohydzić, albo ośmieszyć.