Ale bo też dłużej nie chciało mu się żyć tym stylizowanym życiem, znudziło go to być pedantem czy fakirem własnej komedii. Stwierdził zdaniem swoim fakt, który już dawno nastał. Nie szło mu ani o zreformowanie kultu, ani o usprawiedliwienie ex post wypadku z Berestajką, decyzja jego była względnie dość jasna, dobrowolna, stanowcza: nie chciał już mieć nic z tym fantem do czynienia. Chciał to robić tak, jak inni ludzie robią, bez żadnych zastrzeżeń. Chciał kochać, np. żonę jako żonę, nie przesadzać, nie zdradzać jej wiernością, być porządnym i przeciętnym mężem. Ludzie, którzy zdradzali swe żony, więcej je może kochali niż on swoją; grzeszność w człowieku potrzebuje od czasu do czasu przeczyszczenia, zdrowe natury robią to instynktowo. Tu przyszły mu w pomoc głównie wspomnienia z okresu naturam expellas furca217, ale teraz już nie rzucał się w „czyny” jako antydot218, chciał tylko wypełnić maksymę: homo sum et nihil humani a me alienum puto219, a więc być artystą życia, sługą złotego środka.
Wszystkim (właśnie że nie!) był związany z teraźniejszością, rzeczywistością: interesami, ciałem, zajęciami, sympatiami, antypatiami nawet. Były to węzły jakby fizyczne, tkwiące we krwi. Sprawa Angeliki, lubo220 dlań najciekawsza, zajmowała może tylko dziesiątą część jego życia. Dopiero teraz otwarły się przed nim horyzonty swobody — po tylu latach „cnoty”. Strumieński nie wiedział i nie doceniał tego, że ta „cnota” była nie czymś śmiesznym, ale stróżem tego szczęścia, które mu dawały jego objawienia umysłowe, a zarazem organicznym niejako wytworem jego charakteru, który był, że tak powiem, monogamicznym i dążył do erotycznego wyzyskania jednej kobiety aż do ostateczności — co widzieliśmy na Angelice i na Oli.
Poczucie kłamstw dawało mu siłę krnąbrności do przeprowadzenia swej woli. Któż go pilnował? Któż go kontrolował? Kto widział, że on zepsuł jakąś szaloną ideę? Kogo by to choćby interesować mogło? Sprawa była tak niepodobna do niczego, tak swoja, że strach. Kto śledził zawikłania jego myśli? Kto mógł udowodnić, że on w tym a tym gdzieś zbłądził? Czy Angelika? Ależ nie ma świata pozagrobowego. Sumienie? Pedanteria — to był przecież on sam, a nikt sobie samemu krzywdy nie robi. Ola? Ależ ona zapewne uważała już całą historię za zamkniętą, skończoną. Miała za ciasny umysł i serce, żeby pielęgnować z zachwytem inspekta w jego duszy — poznał to właśnie tej nocy. Jeżeli wygadał przed nią wszystko, to dlatego, żeby się raz tego pozbyć, nie mieć nic dziewiczego w sobie, pozbawić uroku samotności to, czym się pieścił dotychczas — miała ona rolę lancetu, którego użył do puszczenia sobie krwi.
W chwilach, gdy decyzja była mniej stanowczą, udawał niejako przed ideą, że ją przez Pawełka ratuje, przeszczepia na inną glebę, że najlepiej będzie teraz „to miejsce” zamknąć, tym bardziej że było ono na pewien czas (!) sprofanowane (?). Kto inny nie potrzebowałby się wprawdzie bawić w zamykanie i mógłby zostawić rzecz w tym punkcie, w którym ona stanęła, ale jemu do poczucia swobody potrzeba było jeszcze symbolu zerwania, tj. zamknięcia lub zniszczenia muzeum.
Teraz, po wejrzeniu w rusztowanie wątpliwości i wykrętów Strumieńskiego, zobaczymy, jak wkrótce na miejscu jednej idei postawił nową, której zawiązek już także poznaliśmy — nową upiększającą wieżyczkę.
Oto otrzymał od Berestajki list z wyzwaniem na pojedynek; miał o oznaczonej porze stawić się po tamtej stronie rzeki koło domu przewoźnika. Fakt ten, wnosząc nowe rozpraszające czynniki, wpłynął opóźniająco na rozpęd wzięty przez Strumieńskiego, a nawet zrazu wykoleił go nieco.
W pierwszej chwili, po przeczytaniu listu, był Strumieński najpewniejszy w świecie, że tu idzie o żart tylko, pod którego pozorem aktorka chce z nim odnowić stosunki i powtórzyć to, co się już raz stało. Czy miał jej zrobić tę łaskę, tę przyjemność? Wprawdzie epizod z nią zdołał już w czasie kilku dni wyróść na pewien symbol wolności płciowej, pozbyć się „przypadkowych” szczegółów; mimo to, gdy stawał się znowu aktualnym, drgnęła w Strumieńskim równocześnie chętka zemszczenia się na Berestajce, rewanżu za jej lekceważenie. Ta druga chętka przeważała, gdyż używał jeszcze błogich owoców pogodzenia się z Olą, i nie chciał tak zaraz wkroczyć w otwartą bramę do wolności, którą już raz był wprawdzie przestąpił, ale tylko mimo woli. Nowe postanowienia zbyt wcześnie przystępowały do niego, żądając wcielenia ich w życie, gdy na to jeszcze nie miał dostatecznej siły moralnej — czy też niemoralnej. Był dopiero w stadium utrwalania w sobie nowych ram teoretycznych, a burzenia dawnych, był jeszcze pełen różnych wątpliwości i krótkich recydyw żalu, a po rozkoszach z Olą był na razie zaspokojony, wdzięczny i nie chciał tej Oli zdradzać. (A więc brnął w dawnym: szło mu o czystość, nieskazitelność, niepałubiczność sytuacji). Nadto, jak już zaznaczyłem, urządzając swą fazę, miał on — nie na myśli, ale — na uczuciu inny romans, nie z Rosjanką, do którego zrobienie fazy miało być mostem.
Jednakże gdy drugi i trzeci raz przeczytał list Berestajki, tknęła go niemile sztuczna powaga, z jaką jej wyzwanie było wystylizowane. Najwidoczniej chciała mu zaimponować oryginalnością, a może nastraszyć go — a on nie mógł odgadnąć, do jakiej granicy prawdy posunie się ta jej komedia. Nie wiedział, czy warto narażać się na niebezpieczeństwo spotkania się z takim indywiduum, które nie ma nic do stracenia. (Teraz, gdy mu szło o własną skórę, dobywał najlepszych sądów). Taka wariatka mogła go naprawdę zabić — a już choćby to igranie z nim, grożenie mu, było dlań bardzo kłopotliwym. Wprawdzie miał mnóstwo sposobów uchylenia się od tego niby-pojedynku z narwaną aktorzycą: i jako mężczyzna nie potrzebował stawać na jej wyzwanie, i sama forma wyzwania bez sekundantów, bez przygotowań urągała przyjętym zwyczajom, wreszcie sumienie nie wyrzucało mu żadnej tak strasznej zbrodni, żeby ją aż krwią zmyć należało. Powiedział jej wprawdzie jedno obelżywe słowo, ale uczynił to przecież w chwilowym uniesieniu, oburzony jej impertynenckim zachowaniem się względem Oli (tylko?), powiedział, no i dostał za to po palcach. Czego chce jeszcze ta małpa? Napisała jednak: „spodziewam się, że Pan mimo wszystko zaspokoi żądania kobiety”, a słowo „kobiety” było podkreślone. W pierwszej chwili pojął był to zdanie fałszywie, jednostronnie, bo wprawdzie właściwy jego sens rozumiał, ale zwiedziony słowem „zaspokoi” mniemał, że tu idzie o coś figlarnego, że całe to zdanie jest dwuznaczne i obiecujące. Teraz jednak przekonywał się, że mogło jej iść tylko o jedno: o upomnienie go, by się nie zasłaniał tym, że nie ma obowiązku bić się z kobietą. W istocie, jako człowiek wyższy nad przesądy, musiał jej przyznać równe prawa i aby się nie narazić na zarzut, że jest albo zacofanym albo tchórzliwym, musiał jej stanąć. Wybrał się więc w drogę, wziąwszy rewolwer raczej dla ewentualnej obrony niż dla pojedynku, bo spodziewał się, że na miejscu jakoś się ta sprawa ułoży i albo ona sama nada jej inny obrót, albo w ostatecznym razie on nagada jej słowa prawdy i, nie troszcząc się o dalsze groźby, powróci do domu.
Czekał na nią może pół godziny, potem, wracając, spotkał ją idącą piechotą. Robiła miny ponure i tragiczne, a w ustach miała słowa goryczy i skargi. Rezygnowała z pojedynku, nie myślała ani na chwilę zabierać męża żonie i ojca dzieciom, chciała tylko zaznaczyć swoje prawa do honoru. Zresztą on miał słuszność, bo ona jest w istocie tym, czym ją nazwał, lecz mimo to obrażać siebie nie pozwoli i lubi śmiałkom dawać nauczkę. On nie potrafi ocenić jej sposobu życia, w tym zapadłym kraju panują różne śmieszne przesądy i iluzje, których ona mu zabierać nie myśli. Dlatego odmawia mu prawa sądzenia o jej konduicie221. Jest samą na świecie, kto bądź może szarpać jej dobrą sławę, zmylony pozorami, nikt nie wie, co się na dnie jej duszy dzieje. Jelonek idiota... ona sobie z tego nic nie robi... mężczyźni lalki... trzeba żyć... no i jest się młodą...
Gdy się zaczęło gadanie o dnie duszy, Strumieński był już całkiem uspokojony, bo zdawało mu się, że przeczuwa, do czego zdąża to wszystko. Ale tak bliski obrót rzeczy znowu go nieco rozczarował, było mu przykro i kłopotliwie. Na szczęście zbierały się chmury grożące deszczem, to jednak zamiast posłużyć do nowej idylli wśród romantycznych okoliczności: błyskawic, huku piorunów, posłużyło Strumieńskiemu za pretekst do przerwania schadzki. Poradził jej schronić się w domu przewoźników, ale sam tam nie wszedł, mówiąc, że nie chce dawać złym językom pola do plotek, i korzystając z fury przejeżdżającej drogą, kazał się zawieźć do domu. Pod wrażeniem przygrywek burzy odbyło się to tak prędko, że się nawet nie pożegnali i nie umówili co do następnej schadzki, a Berestajka, wchodząc do chaty przewoźnika, była pewna, że Strumieński pomimo swych skrupułów wnet za nią przyjdzie, i dopiero potem opatrzyła się, że on jej uciekł.