4.) W związku z poprzednim stoi inne przybliżenie, odnoszące się jednak nie do mechanizmu, lecz do treści słów. Przy pewnych słowach stracono ewidencję ich genezy, z narzędzi stały się one panami, tak że teraz do słów doszukuje się pojęć i treści, jakby chcąc koniecznie dać posady tym ubogim, ale majestatu pełnym arystokratom. Porobiły się więc słowa-postulaty, słowa-potwory, jakby spadłe ze słońca, takie idèes fixes wielu ludzi: piękno, sztuka, poezja, prawda, miłość itd. Silą się więc np. na gwałt zdefiniować: co to jest poezja, jaką ma być poezja? Lub: jaką ma być „prawdziwa” miłość? Lub: co to jest etyka? Lub używają tych słów jako straszaków albo narzędzi zabójczych i samobójczych. Zdaje im się, że w takich słowach tkwi jakaś istota, którą trzeba wyzwolić — podobnie jak wstęga zwinięta w jajku wielkanocnym. Widzieliśmy, jak Gasztold zahipnotyzowany był słowem „poezja”, a Strumieński z Angeliką słowem „miłość”, której rzekomą „istotę” koniecznie wyczerpać należało. Widzieliśmy, jak wskutek tego Strumieński z Olą przychodzili do przekonania, że nie ma miłości, podczas gdy powinni byli dojść tylko do wniosku, że nie ma tego coś (coś, jakiś — takie wyrażenia nieokreślone są już tylko pokrywką zawodu w tych razach), które przez to słowo „rozumieli”... Czyżby to się działo nawet wskutek jakiegoś fizykalnego rozszerzania się atmosfery słowa, czyli, mówiąc mniej materialistycznie, wyidealizowania go, tak że potem trudno je zrealizować, czyli wypełnić powstałą próżnię odpowiednikami z rzeczywistości242?
5.) Prawie tę samą rolę co słowa grają w życiu umysłowym całe zdania, aforyzmy, szablony, symetryczności243, całe sposoby zachowania się, role, problemy, teorie, przysłowia, dualizmy, (kobieta-mężczyzna, natura-nienaturalność, forma-treść, istota-pozór, myśl-czyn, uczucie-rozum, pierwotność-kultura), kontrasty, paradoksy, dwutypowości. Są one już to uchwyceniem jakiejś kwestii za pomocą szeregu słów związanych w snop światła jednostronnego, już też wywołują wśród tłumu wyobrażeń stanowiących jakąś kwestię pewne stałe manewry, podziały, przesypywania się. Ten regulujący wpływ pewnych uchwyceń (które się zresztą mogą skondensować także tylko w słowa: np. idealizm, dekadenckość, brak woli) objawia się na wielu miejscach w Pałubie, np. u Strumieńskiego w jego zdrowotnych skrupułach, u Gasztolda w cechowaniu Strumieńskiego jako filistra, u Oli w poglądach na macierzyństwo i sztukę itd. itd. Wychodząc z pewnych uchwyceń, ciągle je stosowali lub czasem jak Strumieński zmieniali, różniczkowali — jakkolwiek pewna linia pozostawała ta sama.
Wybór owych uchwyceń tudzież pewne stałe sposoby posługiwania się nimi — to skutek przyrodzonego charakteru, zapewne jakichś rowków w umyśle, którymi biegną myśli i uczucia i zbiegają się w pewne stałe figury. Słowo „charakter”, tak jak go używam, nie oznacza nic jak tylko pytajnik, otwarcie trudnej kwestii, jest tymczasową nazwą tego, co by tłumaczyło pewne wspólności w życiu umysłowym każdego człowieka. Ponieważ fakt istnienia takich wspólności jest czymś, co Rzeczywistość wstawiła w życie całą mocą swego pałubizmu, przeto usiłowałem w moich charakterach dać równoważnik tego faktu, trudno by mi jednak było powiedzieć, jakie to wspólności i podobieństwa cechują np. charakter Strumieńskiego. Wprawdzie można by go opisać jako mieszaninę wyższej pedanterii, powolnych zmian w myśleniu, wytrwałości, brutalstwa, uczuciowości, komedianctwa, lubowania się w zaokrągleniach i tym podobnych cech, przeze mnie czytelnikowi raczej narzuconych niż wykazanych — lecz to by była charakterystyka w rodzaju tych, jakie się daje w wypracowaniach gimnazjalnych. Ja, budując moje charaktery, starałem się czasem wyłamać spod szablonu, według którego charaktery literackie są dość dowolnymi zlepkami dość powierzchownie wysortowanych cech ludzkich, i chciałem w niektórych przynajmniej momentach oprzeć myśli i czyny mych osób na motywach mechanicznych, które słowami określić trudno. Sądzę też, że kiedyś będzie się opisywać charaktery ludzi za pomocą przybliżeń w rodzaju formuł matematycznych.
6.) Na koniec przychodzą stany psychiczne, w których brak bardziej widocznego rdzenia, kombinacje uczuć, słów, myśli, wrażeń chwilowych, bardzo mgliste i łatwo przesuwalne. I tu naturalnie życie następcze odgrywa wielką rolę. Ale główną rzeczą, którą chcę z naciskiem podkreślić, jest to: że znowu ani składu, ani kształtu, owych mgieł wewnątrz duszy nie można dokładnie opisać za pomocą słów — i że w tym wypadku przybliżenie słowne takiego zjawiska psychicznego jest jeszcze trudniejsze niż w poprzednich. Dlaczego? To wyjaśnię za pomocą następującej hipotezy, użytej tylko sposobem porównania: przypuśćmy, że dla przechowywania w pamięci wyobrażeń oraz ich kombinacji i innych wytworów, wyraźnych i dość ściśle określonych, istnieje pewna materia; otóż oprócz niej istnieje jeszcze podobna do niej druga materia, która jednak działa samoistnie i jest bardziej czynną niż bierną. Ona to wprowadza nieporządek w matryce wytworzone przez pierwszą materię, rozcieńcza je, przetapia, wpływa na inne krystalizowanie się tej materii, stwarza wyobrażenia naśladujące wyobrażenia autentyczne, sama też wchodzi z nią w osobne związki chemiczne244. Aby owe połączenia chemiczne jako tako zbadać i poznać przynajmniej te ich składniki, które są dostępne, trzeba im zadać pewien gwałt i użyć podobnie jak w chemii odczynników. Dzieje się to np. w ten sposób: próbuje się w myślach, w jaki sposób objawiłby się pewien stan psychiczny, jeżeliby został kilkanaście razy natężony i miał odpowiednie warunki do wyłonienia się — tak otrzymuje się pewne zawarunkowane zdarzenie, przed które kładzie się czasem słówko „jakby”. Np. „Ktoś jest tak skromnym, jakby przepraszał drugich za swoje istnienie”. Tym sposobem posługiwałem się np. podając motywy wstrzemięźliwości Strumieńskiego podczas wizyty Mossorowej, gdym pisał, że Strumieński jakby żywił zabobon, że Ola odgadnie jego zdradę — naturalnie bowiem takiej myśli nie było w nim ani w stanie świadomym, ani nieświadomym i ja podałem ją tylko jako przybliżenie. Podobnie zdefiniowałem stan psychiczny Strumieńskich podczas wizyty u piesków i w altanie „jakby drzewa składały im hołd”. Lub na s. 310245. ...„jakby przez to wywierał na kimś akt zemsty”. Inne przykłady na owe związki chemiczne: formacje zazdrości u Oli, historia słowa „pałuba” w umyśle Pawełka w następnym rozdziale. Muzykę uważają także za takie „jakby”, tylko w innym kierunku.
Powyżej wymienionych pięć punktów jest właściwie przedstawieniem jednej sprawy z różnych stron i w różne sposoby, ale zresztą do podziału tego większej wagi nie przywiązuję, bo mogłem sprawę ująć tak samo w trzy, pięć, jak i 30 punktów. W ogóle, jak poprzednio prosiłem, trzeba całą powyższą elukulbrację naukową przyjąć jako moje zwierzenia, jako mój poemat filozoficzno-liryczny, który w tym celu wygłaszam, ażeby pokazać moje ostatnie szańce i po tym, co było dla mnie jasne i niewątpliwe, pokazać i to, co jest dla mnie samego mniej jasne i wątpliwe. Więc i zastosowanie moich teorii na przykładach pozostawiam lojalności czytelnika.
7.) Nawiązując do tego, co wyłuszczyłem pod 5, podnoszę, że z drugiej strony nie mogę zaprzeczyć, iż same fakty wzięte z życia mają pewien swój lokalny koloryt i nieraz grupują się w sposób łudzący, wyzywający do snucia pewnych nastrojów, problemów, w ogóle: ustawiają się pod pewnymi kątami widzenia. Życie Strumieńskiego przebywa pewien zodiak, jedne nastroje przepływają w drugie; mamy więc w Pałubie chwile, w których fakty życiowe grupują się idyllicznie, komicznie, filozoficznie, poetycznie, problemowo, etycznie, upiorowo itd. Zbieg okoliczności wywołuje wstrząśnienie odnośnych sfer myślowych w mózgu, nadaje im chwilową aktualność, pobudza do nowej mizernej produkcji246, wskutek której powstają pewne nowe trudności, zagadki, rachunki niby koniecznie domagające się rozwiązania. Np. problem wierności Strumieńskiego, miłości, potem etyki. Niektóre z nich sam „rozwiązywałem” za Strumieńskiego, robiąc idealne przedłużenie zaczętej linii, w życiu jednak problemy takie neutralizują się, przepadają, ale bo też i ściślejsze badanie owych problemów doprowadza nas do atomów nieproblemowych, bezimiennych, z których składa się życie.
Przyznaję się, że w toku powieści istnienie owych atomów raczej postulowałem, niż wykazywałem, ale bo też wykazywanie teorii na przykładach odbywa się zwykle przy pomocy szachrajstw i jest właściwie niemożliwe, jeżeli się rzecz weźmie uczciwie, ponieważ każda teoria jest tylko przybliżeniem, więc w ostatecznej instancji poezją, wieżyczką. Zaniedbanie to moje pochodziło także stąd, że mimo pozoru planu, obmyślenia, suchości i moje dzieło jest pod pewnym względem improwizacją, pełną niespodzianek dla mnie samego.
8.) Głównie jednak lubowałem się w podkreślaniu dwóch rzeczy: po pierwsze tajemnic intelektualnych, po drugie techniki zdarzeń. Poeci dotychczas zważali prawie tylko na zachowywanie prawdy życiowej w pewnych momentach, a zresztą korzystali z wymyślonej dla swej wygody licentia poetica, zapominając lub nie wiedząc, że materiałem dzieł literackich są nie tylko szczegóły życiowe, które ich zdaniem można wydąć, rozciągnąć, „oczyścić z naleciałości”, lecz także stosunek ilościowy i jakościowy tych szczegółów do siebie, morfologia życia. A więc zważać też trzeba np. na pewne stałe w życiu minimum i maksimum namiętności, znaczenie przypadku, procent nieprawdopodobieństw, robienie życia, jego asocjacyjność, autoironię, pozory symetrii i przełomów, polaryzację charakteru, powtarzania się, „...są chwile w życiu ludzkim...”; współczesne sobie dwa odmienne kierunki duszy i życia, i wiele rzeczy, które tylko w sposób nieledwie zabawkowy poruszyłem. Obowiązek zmusza mnie do dodania, że do zastanawiania się nad sprawą techniki faktów życiowych skłonili mnie głównie Kleist, Hebbel i Schopenhauer247.
9.) Moje uwagi na temat roli słów w procesie myślenia nie mają bynajmniej na celu zaniechania słów w ogóle. Idzie mi tylko o doskonałą świadomość ich względności i większe niż dotychczas uwzględnianie kształtów i treści stanów psychicznych, które słowami rozbijano, a nie opisywano. Powyższej uwagi jednak nie należy brać tak patetycznie i szablonowo, że są cuda, których wysłowić nie można itp. — jak tego wzór dał Mickiewicz na początku Improwizacji. Owszem, idzie mi raczej o ulepszenie, zróżniczkowanie, spotęgowanie aparatu słów, tak aby można było mówić faktami, sygnalizować sobie wzajemnie całe kawały duszy. (Poetycznie: symfonie szczerości zamiast poszczególnych dźwięków). Wówczas by może zaczęły się wyrównywać przepaście psychiczne między ludźmi. Cóż jest do tego potrzebne? W pierwszym rzędzie wydobycie na jaw podziemnego życia psychicznego, ale nie w znaczeniu metafizycznym, tj. nie tak, jak je pojmuje np. Przybyszewski. Dotychczasowym błędem było, że sięgano albo za płytko, albo — przeskakując całe życie następcze — za głęboko, tj. tam, gdzie już nic być nie może, i robiono rzekome wizje kosmiczne zamiast uprawiać introspekcję. Mnie się zdaje, że zbadać warstwę na kilkaset metrów pod tzw. powierzchnią duszy — to może wystarczy, nie trzeba szukać nadiru248.
A więc kultura szczerości? Raz już powiedziałem to słowo. Teraz jednak wydaje mi się ono nieco za sentymentalnym i o tyle złym, że, jak wiadomo, niemal każdy uważa siebie za szczerego i powie zapewne, że on tej kultury nie potrzebuje. Szczerość zresztą jako przyznanie się, jako spowiedź, jest dość łatwa — w pewnych granicach. Więc raczej kultura mądrości. Zostańmy jednak przy szczerości, ale zaznaczmy, że szczerość nie jest czymś, co się mieć chce lub nie chce, a zawsze się mieć może, lecz że szczerość jest sztuką, której arkany zbadać należy. Przez szczerość rozumie się tu nie jej nagłe objawy, ale cały stan umysłowy, który może nawet przybierać formę nieszczerości, bo u prawdy jest kłamstwo na służbie. Zauważę też, że o ile szczerość i prawda są bezkrytycznymi postulatami, o tyle je nawet odrzucić należy. Tego nauczył nas Nietzsche, rzuciwszy pytanie: „Aber warum überhaupt Wahrheit249?”. Sądzę jednak, że prawda, a za nią i szczerość mają swe usprawiedliwienie w tym, że dążenie z nimi związane zawiera najwięcej jednostek siły i stosunkowo najwięcej rokuje nadziei.