*
To był niejako bilans. Czy dobrze odegrałem rolę wyrachowanego, łamiącego wszystkie przeszkody myśliciela? Ale autor, zamiast tylko czasem wychylać jowiszową twarz spomiędzy chmur, powinien by może wynagradzać swą śmiałość i wyżyny własnym rumieńcem? Nie chcę iść tak daleko. Tylko, by siebie nieco sympatyczniejszym i bliższym uczynić, zdradzę jedną przynajmniej zakulisową tajemnicę swoich powyższych mądrości.
Otóż są pewne bieżące — w najwyższym znaczeniu — potrzeby ducha, które się załatwia błędami umysłowymi, bujającymi nie wiadomo gdzie, gdzieś na pograniczu w cienkiej sferze między tym, co jest nieznane, a tym, co jest już rzekomo załatwione, jakieś nowe niby to wykłuwające się, świtające dopiero pojęcia, formy uchwycenia, porównania, obrazy, próby, bańki, wieżyczki nonsensu. Idealista wymykający się spod opieki mędrca budującego automaty! Myślenie na tej krawędzi jest z natury rzeczy chaotyczne — w ogóle człowiek tylko dla drugich robi pewną sugestię jasności, sam sobie zaś zostawiony, udaje się nad tę krawędź i zaczyna na serio myśleć, tj. gubić się w przestrzeniach, które zabudowuje wieżyczkami nonsensu.
I oto obecnie nawet moja ostrożność, kulminująca w wykrywaniu pseudozwiązków między faktami i w teorii bezimienności, ma swoją pozę, swoją melodię, a sam jej nastrój uroczysty jest oznaką związku. Czy związki-związki czy związki-niezwiązki? Oto jest pytanie. Żądając mówienia faktami, mam pyszałkowate uczucie, żem zdarł ze świata skorupę nomenklatury, że plamom, które dotychczas łączono liniami w figurki lub zdarzenia, teraz na nowo przywracam ich pierwotne znaczenie plam, a wzrok fizyczny i umysłowy buja już po morzu bezkształtu; głos ludzki zamiera i staje się szeregiem dźwięków pustych — a zmysły ludzkie, idąc przecież dotychczasową swoją utartą drogą, otrzymują pewną naganę od rozumu, który rad by je sam wyręczyć w dziele jakiegoś wszechrozszczepienia, i sam w fantazji wyobraża dla ich zachęty tę mozaikę, której nie ma w rzeczywistości. Gdyby tę filozofię namalować symbolicznie, to chyba jako człowieka, nie nagiego jednak, lecz odartego ze skóry, lub jak świat wiruje, szumi i huczy przerażeniem, przelewa swe soki, tony i barwy... Coś z sądu ostatecznego, coś z tego. Oto moja analityczna synteza, mój twór potworny.
Ale tak się chce być od siebie samego mądrzejszym, krytykuje się (nb. po swojemu) swoją ostatnią myśl, kopie się pod nią, oblęga się własne miasto. Otóż pierwszy rzut oka naokoło przekonuje mnie, że tak przecież na rzeczywistość nie patrzę, że przecież sam porzuciłem teorię wszystkojedności250, owszem, jako czciciel Rzeczywistości uznaję różnorodność faktów, uznaję, że: entia praeter necessitatem non esse minuenda251, że rzeczy i sprawy mają swój lokalny koloryt, który jest „dany” — więc nie można pojmować wszystkiego, jakby się trzęsło i migotało.
Ale i to znowu podlega zarzutom, bo.... Tak płynę w chaos.
*
Dlaczego to wszystko mówię? Po analizie przedmiotu przychodzi kolej na mikroskop. Spełnić to, co w świecie fizycznym równałoby się widzeniu własnych oczu. Sprawa Strumieńskiego tkwi we mnie samym: jest to konglomerat reminiscencji, zachcianek, fantazji, zemst, ukrytych polemik, własnych i cudzych pomysłów, tła współczesnych głupstw — i różnych innych rzeczy. Czyż będę może wmawiał, że Strumieński to żywa figura, a nie królik doświadczalny, którego konstruuję, aby dowieść — udać, że dowodzę — tego, co mi się podoba? Blagą jest porównanie z perłą, którą można wykroić z muszli, blagą jest to, co Gasztold sądzi o oddzielnym organizmie dzieła — nie ma takich fikcyjnych całości. Owszem, dzieło takie to żywy nowotwór duchowy, którego nie można wykroić, nie uśmiercając go, który poza mną będzie czym innym, niż był we mnie. Dlatego wyrywam go z jak największym pękiem moich nerwów — kapiący krwią — jak drzewo z korzeniem wyrwane ma w splotach korzenia kawały ziemi, z której wyrosło.
Zarazem spełniam postulat Grossa, że dzieło poetyckie ma dawać nie tylko rezultaty myślowe, ale także cały kompleks związanych z tymi rezultatami radości, wątpliwości, patosu, dróg itd., że poezja to właściwie myślenie kat’egzochen — całym sobą. Przeto prawie nie waham się nawet dać tu chwilowego ukształtowania się w kalejdoskopie swoich własnych stalszych myśli i rezultatów, i obrazów, i nadziei z nimi połączonych, daję nawet moją pozę spokojnego patosu.
W ten sposób dotarłem aż do granic osobistych. I te trzeba by przekroczyć, raptownie roztworzyć drugi horyzont nad pierwszym i pobujać w nim. Bo czyżby dzieło apoteozujące pierwiastek pałubiczny samo nie podlegało jego potędze? Czyż autor nie mógłby powtórzyć rozdziału XII w zastosowaniu do siebie?