teraz dumnych ze swego pióropusza.
Nad dachami wpada w poślizg wiatr
jak cuchnący oddech chorego olbrzyma;
otrzepuję się z sierści, ciemność trwa —
a właściwie trawi resztki. Potem blask.
***
Bóbr wzbiera. Mijam go po drodze.
I on mnie mija.
Ileż podmytych kurników,
upadłych płotów z wikliny!