Widzicie, dzieci, poranek lutowy

w pewnej części Sudetów Środkowych,

na krańcach horyzontu gorzki róż

przechodzi w śliwkowy, i staje się już

coś nietutejszego: wrastają w szadź

łzy Matki Boskiej lub kogoś takiego;

pejs starozakonnego, kieł ziemniaka

gdzieś w kącie kuchni nieba —

tyle o księżycu. Z prawej krzyże cmentarza

i główkę krokus wynieść się odważa