Czy twój dzień roboczy jest wart tyle, co mój? Tę kwestię rozstrzyga konkurencja.

Zdaniem pewnego ekonomisty amerykańskiego konkurencja określa, ile dni pracy prostej zawiera się w jednym dniu pracy złożonej. Czy to sprowadzenie dni roboczych pracy złożonej do dni pracy prostej nie zakłada już z góry, że za miarę wartości przyjmujemy pracę prostą? Skoro za miarę wartości bierzemy ilość pracy samą w sobie, bez względu na jakość, to tym samym zakładamy, że praca prosta stała się kamieniem węgielnym przemysłu. Co każe przypuszczać, że wskutek podporządkowania człowieka maszynie lub drobiazgowego podziału pracy prace różne zostały zrównane, że człowiek niknie wobec pracy, że wahadło zegarowe stało się ścisłym miernikiem względnej wydajności pracy dwóch robotników, jak jest nim dla prędkości dwóch lokomotyw. Nie możemy nadal mówić, że godzina pracy jednego człowieka równa jest godzinie każdego innego, lecz raczej, że jeden człowiek przez godzinę tyleż wart, ile przez ten sam czas inny człowiek. Czas jest wszystkim, sam zaś człowiek niczym — co najwyżej pozostał jeszcze ucieleśnionym czasem. O jakości nie może być więcej mowy. O wszystkim decyduje jedynie ilość: godzina za godzinę, dzień za dzień; ale to ujednostajnienie pracy zgoła nie jest dziełem wiecznej sprawiedliwości p. Proudhona. Jest ono po prostu tworem nowożytnego przemysłu.

W zautomatyzowanym warsztacie praca jednego robotnika prawie ani na jotę nie różni się od pracy drugiego; robotnicy mogą się różnić między sobą tylko czasem, jaki zużywają przy pracy. Niemniej ta różnica ilościowa staje się z pewnego punktu widzenia jakościową, mianowicie o ile czas zużywany na pracę z jednej strony zależy warunków od czysto materialnych, jak budowa fizyczna, wiek, płeć, z drugiej zaś strony od cech moralnych czysto ujemnych, jak cierpliwość, niewrażliwość, pilność. Wreszcie jeżeli w pracy robotników natrafiamy na różnicę jakościową, jest ona co najwyżej najgorszego jakościowo gatunku, zbyt daleką od tego, aby stać się szczególną specjalnością. Taki ostatecznie jest stan rzeczy w nowoczesnym przemyśle. I do tej to równości, urzeczywistnionej wśród świata maszyn, stosuje p. Proudhon swój strychulec71 „zrównania”, które powszechnie ma się urzeczywistnić dopiero „w czasie przyszłym”.

Wszystkie „sprowadzające równość” następstwa, które p. Proudhon wyprowadza z teorii Ricarda, opierają się na zasadniczym błędzie. Mianowicie, plącze on ze sobą wartość towarów mierzoną zużytym czasem pracy z wartością towarów mierzoną „wartością pracy”. Gdyby oba te sposoby mierzenia wartości towarów wyrażały jedno i to samo, wtedy bez różnicy można by powiedzieć: wartość pewnego towaru mierzy się utrwaloną w nim ilością pracy, lub też: ilością pracy, jaką za niego można kupić; lub wreszcie: ilością pracy, za jaką można go nabyć. Ale rzecz ma się zupełnie inaczej. Wartość pracy nie bardziej może służyć za miarę wartości, jak wartość wszelkiego innego towaru. Kilka przykładów wystarczy dla uzmysłowienia powyższych słów.

Gdyby szefel72 zboża zamiast jednego kosztował dwa dni pracy, miałby wartość podwójną w stosunku do pierwotnej; jednak nie zdołałby przez to uruchomić podwójnej ilości robotników, gdyż nie zawiera w sobie więcej niż dawniej substancji pożywnych. Wartość zatem zboża mierzona zużytym na jego produkcję wydatkiem pracy podwoiła się; jednakże mierzona czy to tą ilością pracy, jaką za nią możemy nabyć, czy to tą, jaka ją może nabyć, zgoła się nie podwoiła. Z drugiej strony, jeżeli ta sama praca wytwarzałaby dwa razy tyle odzieży co poprzednio, wtedy wartość odzieży spadłaby o połowę; niemniej ta podwójna ilość odzieży nie spowodowałaby tym samym, żeby mogła rozporządzać jedynie połowiczną ilością pracy, ani też ta sama praca nie mogłaby rozporządzać jedynie połowiczną ilością odzieży; albowiem połowa odzieży będzie świadczyła robotnikom te same usługi co przedtem.

Mierzenie wartości środków spożywczych wartością pracy przeczy ekonomicznym faktom. Jest to kręcić się w błędnym kółku, to określać wartość względną przez jakąś inną wartość względną, która znowu z kolei powinna dopiero zostać określona.

Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że p. Proudhon miesza ze sobą obie te miary: mierzenie czasem pracy niezbędnym do wytworzenia pewnego towaru oraz mierzenie wartością pracy. „Praca każdego człowieka — powiada — zdolna jest kupić tę wartość, którą w sobie zawiera” (wyd. I, str. 81). A więc jego zdaniem pewna zawarta w danym produkcie ilość pracy jest tyle samo warta, co wynagrodzenie robotnika, czyli wartość pracy. Ten sam wniosek pozwala mu utożsamić koszty produkcji i płacę.

„Co to jest płaca? Jest to cena produkcji zboża itd., jest to całkowita cena każdej rzeczy”. Idźmy dalej. „Płaca robocza jest to proporcjonalność składników stanowiących bogactwo” (str. 110). Co to jest płaca? Wartość pracy.

A. Smith za miarę wartości bierze raz czas pracy potrzebny do wytworzenia pewnego towaru, a innym razem wartość pracy. Ricardo odkrył ten błąd, dokładnie wykazując różnicę pomiędzy oboma tymi rodzajami mierzenia. Proudhon przewyższa jeszcze Adama Smitha w błędzie, gdyż utożsamia dwie rzeczy, które Smith tylko stawiał obok siebie. By znaleźć poprawny stosunek, w jakim robotnicy powinni uczestniczyć w wytworze, czyli innymi słowy, by określić względną wartość pracy, p. Proudhon poszukuje miary dla względnej wartości towarów. By określić względną wartość towarów, nie znajduje nic lepszego od podania sumy produktów wytworzonych przez pewną ilość pracy, jako równoznacznika tej ilości pracy — co każe mniemać, że całe społeczeństwo składa się jedynie z robotników, otrzymujących w zarobku swój własny produkt. Następnie przyjmuje jako fakt niewątpliwy, że dni robocze różnych robotników mają tę samą wartość, jednym słowem poszukuje on miary dla względnej wartości towarów w tym celu, aby w rezultacie otrzymać jednakowe wynagrodzenie robotników, a równość zarobków zakłada z góry jako już istniejący fakt, aby móc poszukiwać względnej wartości towarów. Jaka zaiste godna podziwu dialektyka.

„Say i jego zwolennicy zauważyli, że ponieważ praca sama podlega oszacowywaniu, jednym słowem jest takim samym, jak wszelki inny, towarem, zatem skoro przyjmie się ją za zasadę i najważniejszy czynnik wartości, wpada się w błędne koło. Ekonomiści ci, za przeproszeniem, dali tym dowód niesłychanego niedbalstwa. Powiadają o pracy, że posiada ona wartość nie jako właściwy towar, lecz ze względu na te wartości, które ich zdaniem praca w sobie potencjalnie zawiera. Wartość pracy to wyrażenie użyte w sposób przenośny; jest to tego samego rodzaju fikcja jak produkcyjność kapitału. Praca produkuje, kapitał ma wartość. Używając pewnego rodzaju elipsy73 powiadamy: wartość pracy... Praca zupełnie jak wolność... ze swej istoty jest nieokreślona i niejasna, jest czymś, co jednak stosownie do przedmiotu przyjmuje pewną określoną formę, tj. co w wytworze staje się rzeczywistością”.