Streśćmy: praca, o ile jest towarem, mierzy się jako taki czasem pracy niezbędnym do wytworzenia tej pracy-towaru. Czego zaś potrzeba do wytworzenia tej pracy-towaru? Dokładnie takiego czasu pracy, jakiego potrzeba na wytworzenie przedmiotów niezbędnych dla nieprzerwanego podtrzymania pracy, tj. by utrzymać robotnika przy życiu i zapewnić mu możliwość rozpładzania swojej rasy. Naturalną cenę pracy stanowi nic innego jak minimum płacy roboczej70. Jeżeli rynkowa cena płacy roboczej wzrasta ponad jej cenę naturalną, dzieje się tak dlatego, że przedstawione przez Proudhona jako zasada prawo wartości znajduje sobie przeciwwagę w zmiennym stosunku popytu i podaży. Jednak minimalna płaca robocza pozostaje punktem środkowym, ku któremu ciążą rynkowe ceny płacy.
Tak więc wartość mierzona czasem pracy z konieczności stanowi formułkę obecnego niewolnictwa robotników, zamiast być, jak to twierdzi p. Proudhon, „rewolucyjną teorią” wyzwolenia proletariatu.
Popatrzmy teraz, w ilu to razach czas pracy praca jako miernik wartości nie daje się pogodzić z obecnym antagonizmem klasowym i z nierównym podziałem owoców pracy między bezpośredniego producenta (robotnika) a właściciela produktu.
Weźmy jakiś produkt, np. płótno. Ten produkt, jako taki, zawiera w sobie pewną określoną ilość pracy, która pozostanie stała bez względu na sytuację tych, którzy uczestniczyli w jego wytworzeniu.
Weźmy inny produkt, który by wymagał tej samej ilości pracy co płótno, np. sukno.
Jeżeli wymienia się te produkty jeden na drugi, zachodzi wymiana równych ilości pracy. Kiedy wymieniamy takie równe ilości czasu pracy, zgoła jeszcze nie zmieniamy wzajemnej sytuacji wytwórców, ani też w niczym nie zmieniamy wzajemnego stosunku robotników do fabrykantów. Twierdzić, jakoby taka wymiana produktów mierzonych czasem pracy powodowała równą zapłatę dla wszystkich producentów, to zakładać, że przed wymianą istniała równość uczestniczenia w produkcie. Kiedy dokona się wymiana sukna na płótno, wytwórcy sukna otrzymają taki udział z płótna, jaki na nich poprzednio przypadał w suknie.
Iluzje p. Proudhona sięgają tak daleko, że uważa za wynik to, co najwyżej godzi się uważać za nieuzasadnione założenie.
Idźmy dalej.
Czy czas pracy jako miara wartości każe przynajmniej przypuszczać, że dni robocze mają równą wartość, tj. że dzień roboczy jednego robotnika jest tyle samo wart, co dzień innego? Bynajmniej.
Dajmy na to, że dzień roboczy robotnika jubilerskiego równa się trzem dniom roboczym tkacza, wtedy każda zmiana w wartości klejnotów w stosunku do tkanin, o ile nie jest wywołana przez chwilowe wahania podaży i popytu, wynikać będzie ze zmniejszenia się lub zwiększenia czasu pracy zużytego na wytworzenie jednego lub drugiego rodzaju produktów. Przypuśćmy, że trzy dni robocze trzech różnych robotników mają się do siebie jak 1:2:3; wtedy każda zmiana we względnej wartości ich produktów będzie zmianą w tym samym stosunku 1:2:3. W ten sposób, mimo niejednakowej wartości różnych dni pracy, możemy wartość mierzyć czasem pracy, chociaż, by móc zastosować taką miarę, musimy mieć skalę porównawczą dla różnych dni pracy; tej skali dostarcza konkurencja.