Ale czy czas pracy, służąc jako miernik wartości, wytwarza choćby tę stosunkową rozmaitość towarów, którą się tyle zachwyca p. Proudhon?
Przeciwnie: właśnie wskutek tego monopol w całej swej monotonii zagarnia pod swą władzę cały świat produktów, zupełnie tak samo, jak — rzecz to namacalna i znana całemu światu — tenże monopol owłada światem środków produkcji. Jedynie niektóre gałęzie produkcji, jak wyrobów bawełnianych, są zdolne do bardzo szybkiego postępu. Koniecznym wynikiem takiego postępu jest np. ciągły spadek cen wyrobów bawełnianych; lecz w miarę spadku ceny bawełny musi rosnąć względna cena płótna. Jakie tego skutki? Bawełna wypiera płótno. W ten sposób płótno zostało wypchnięte z całej prawie Ameryki Północnej. Zamiast odnośnej rozmaitości produktów mamy państwo bawełny.
Cóż więc pozostaje z owego „stosunku proporcjonalności”? Jedynie życzenie poczciwca, który by chciał, aby towary były wytwarzane w takim stosunku, żeby można je było sprzedawać po uczciwej cenie. Po wszystkie czasy to niewinne życzenie wypowiadali dobrzy obywatele i ekonomiści-filantropi.
Oddajmy głos choćby staremu Boisguillebertowi82:
„Cena towarów powinna być — powiada — zawsze proporcjonalnie normowana, gdyż tylko takie wzajemne porozumienie się umożliwia ich współistnienie, w którym co chwila mogą się wzajemnie wytwarzać (mamy więc znów ciągłą wymienialność p. Proudhona)... Ponieważ bogactwo nie jest niczym innym, tylko tą ciągłą wymianą między człowiekiem a człowiekiem, rzemiosłem a rzemiosłem, zatem byłoby to rażącym zaślepieniem, gdybyśmy źródła nędzy szukali gdzie indziej niż w zamęcie powodowanym w handlu przez naruszanie proporcjonalności cen”. (Dissertation sur la nature des richesses, wydanie Daire).
Posłuchajmy nowoczesnego ekonomisty:
„Wielkim prawem, które musi być stosowane do produkcji, jest prawo proporcjonalności (the law of proportion), które samo jedno jest w stanie utrzymać ciągłość wartości... Ekwiwalent musi być zapewniony... Wszystkie ludy we wszystkich epokach starały się urzeczywistnić do pewnego stopnia to prawo proporcjonalności przy pomocy licznych ustaw handlowych i ograniczeń; lecz właściwe naturze ludzkiej samolubstwo doprowadziło do zburzenia całego tego systemu regulacji. Proporcjonalnie normowana produkcja (proportionate production) to urzeczywistnienie rzetelnej wiedzy ekonomicznej” (W. Atkinson, Principles of Political Economy, Londyn 1840, str. 170–195).
Fuit Troja!83 Ten rzeczywisty stosunek między podażą a popytem, który znowu zaczyna stanowić przedmiot tylu westchnień, przestał od dawien dawna istnieć. Zestarzał się on, a nawet więcej: był możliwy wówczas, póki środki produkcji były ograniczone, a wymiana miała miejsce w nader wąskich granicach. Wraz z powstaniem wielkiego przemysłu ten słuszny stosunek musiał runąć, a produkcja z konieczności musi obracać się w kole kolejno rozkwitu i podupadania, kryzysu, stagnacji, i znowu nowego rozkwitu itd.
Ci, którzy, jak Sismondi, chcą powrócić do słusznej proporcjonalności produkcji, a przy tym utrzymać obecne podstawy społeczeństwa, są wstecznikami, gdyż chcąc być konsekwentni, muszą dążyć do przywrócenia wszystkich innych warunków produkcji z czasów dawniejszych.
Co utrzymywało produkcję w odpowiednich lub prawie odpowiednich proporcjach? Zapotrzebowanie, nadające wtedy ton podaży i ją poprzedzające; produkcja podążała krok w krok za spożyciem. Lecz wielki przemysł, zmuszony przez same narzędzia, którymi rozporządza, do produkcji coraz na szerszą skalę, nie może czekać na zapotrzebowanie. Produkcja poprzedza konsumpcję, podaż wzbudza popyt.