Stempel, który kładziono i kładzie się na złocie, zgoła nie wyraża jego wartości, lecz jego wagę; stałość i tożsamość, o której powiada p. Proudhon, stosuje się jedynie do czystości próby; próba ta pokazuje, ile szlachetnego metalu znajduje się w ostemplowanej monecie. „Jedyna wartość wewnętrzna marki87 srebra — mówi Voltaire88 ze swym znanym zdrowym rozsądkiem — to marka srebra, pół funta srebra wagi ośmiu uncji. Waga i próba stanowią całą tę wartość” (Voltaire, Systeme de Law). Niemniej pytanie: ile warta jest uncja srebra lub złota, nadal czeka na odpowiedź. Gdyby kaszmir ze sklepów towarowych „Grand Colbert” nosił znak fabryczny: „czysta wełna”, to znak ten nie wskazywałby jeszcze wartości kaszmiru. Wciąż jeszcze musielibyśmy się dowiedzieć, ile jest warta wełna. „Filip I, król francuski — powiada p. Proudhon — do liwra89 złota Karola Wielkiego domieszał jedną trzecią stopu, gdyż wyobraził sobie, że ponieważ tylko on ma prawo bicia monety, więc może postępować tak jak każdy kupiec mający monopol na swe produkty. Czym faktycznie było to fałszowanie pieniędzy, z powodu którego takie zarzuty czynią Filipowi i jego następcom? Z punktu widzenia praktyki handlowej było to rozumowanie całkiem usprawiedliwione, lecz z punktu nauki ekonomicznej — zupełnie błędne; mianowicie, że skoro podaż i popyt regulują wartość, zatem sztucznie stworzoną rzadkością albo też zmonopolizowaniem wytwarzania można podnieść ocenę, a więc i wartość rzeczy, i że to tak samo odnosi się do złota, srebra, jak i do zboża, wina, oleju i tytoniu. W rzeczywistości jednak, gdy tylko oszustwo Filipa stało się znane, jego pieniądze spadły do swej rzeczywistej wartości i stracił przez to tyle, na ile chciał zyskać kosztem swych poddanych. Ten sam los spotkał wszystkie następne tego rodzaju próby” (I, str. 70–71).
Przede wszystkim wielokrotnie się okazało, że książę, fałszując monetę, sam jest na tym stratny. Ile zyskuje on przy pierwszej emisji, tyle też traci, kiedy fałszowana moneta znowu do niego powraca pod postacią podatków itd. Ale Filip i jego następcy umieli się mniej lub więcej zabezpieczyć przeciw tej stracie; albowiem zaledwie puścili w obieg sfałszowaną monetę, natychmiast rozkazywali przetopić wszystkie kursujące pieniądze stosownie do ich dawnej skali.
Wreszcie, gdyby Filip I naprawdę tak rozumował jak p. Proudhon, rozumowałby źle nawet z „handlowego punktu widzenia”. Zarówno Filip I, jak i p. Proudhon wykazują niewiele zmysłu kupieckiego, mniemając, że można zmienić wartość złota zupełnie tak samo wartość wszelkiego innego towaru tylko dlatego, że ich wartość określa się stosunkiem podaży do popytu.
Gdyby król Filip rozkazał, by jeden korzec90 zboża na przyszłość nazywał się dwoma korcami, byłby wtedy oszustem; oszukałby wszystkich rentierów, wszystkich ludzi, którzy mieli otrzymać sto korcy; sprawiłby, że wszyscy ci ludzie zamiast stu korcy otrzymaliby pięćdziesiąt. Przypuśćmy, że król jest dłużny sto korcy; zapłaciłby teraz tylko pięćdziesiąt. Jednak w handlu sto korcy nigdy nie miałoby większej wartości niż dawniej pięćdziesiąt. Przez zmianę nazw nie zmieniamy jeszcze treści rzeczy. Żądana ani oferowana ilość zboża nie zmniejszy się ani nie wzrośnie przez samą zmianę nazwy. Ponieważ mimo tej zmiany nazwy stosunek podaży i popytu pozostanie ten sam, więc cena zboża nie ulegnie żadnej zmianie. Mówiąc o popycie i podaży towarów, zgoła nie mówimy o popycie i podaży nazw rzeczy. Filip I nie robił złota ani srebra, jak mówi p. Proudhon; on robił tylko nazwy monet. Jeżeli ktoś zamiast kaszmiru hinduskiego sprzedaje francuski, oszuka być może jednego lub dwóch kupców, lecz gdy tylko oszustwo zostanie wykryte, natychmiast rzekome hinduskie kaszmiry spadną w cenie do poziomu francuskich. Nadając złotu i srebru fałszywą etykietę, Filip I dopóty mógł innym mydlić oczy, póki oszustwo nie zostało wykryte. Jak każdy inny sklepikarz oszukiwał klientów przez fałszywe oznaczenie towarów, lecz może to trwać tylko do pewnego czasu. Prędzej czy później musiał doświadczyć nieubłaganych praw wymiany. Czy tego chciał dowieść p. Proudhon? Nie. Jego zdaniem, pieniądz otrzymuje swą wartość od władcy, a nie od wymiany. Czegóż on w rzeczywistości dowiódł? Że wymiana ma większą władzę niż władca. Władca rozkazał, by marka stała się na przyszłość dwiema markami, tymczasem wymiana wciąż dowodzi, że te dwie marki są warte tyle, co poprzednio jedna.
Ale z powodu tego wszystkiego kwestia określania wartości ilością pracy nie postąpiła ani na krok naprzód. Nadal jeszcze trzeba rozstrzygnąć, czy te dwie marki, które obecnie stanowią znowu jedną dawną markę, określa się kosztem ich produkcji, czy też prawem podaży i popytu.
P. Proudhon powiada w dalszym toku: „Wypada jeszcze nadmienić, że gdyby zamiast fałszowania pieniędzy władza królewska miała moc podwojenia ich masy, wtedy wartość wymienna złota i srebra spadłaby o połowę, zawsze na zasadzie proporcjonalności i równowagi”.
Gdyby ten wspólny p. Proudhonowi i innym ekonomistom pogląd był słuszny, przemawiałby on na korzyść ich doktryny o podaży i popycie, lecz bynajmniej nie na korzyść proporcjonalności p. Proudhona. Albowiem bez względu na czas pracy zawarty w podwójnej masie złota i srebra, ich wartość spadłaby o połowę, skoro popyt pozostałby taki sam, a podaż by się podwoiła. Czy też może tym razem „prawo proporcjonalności” zlałoby się przypadkowo z tak pogardzanym prawem podaży i popytu? Ta słuszna proporcjonalność p. Proudhona jest zaiste tak elastyczna, zezwala na tyle modyfikacji, kombinacji i zmian, że raz jeden może się zlać w jedno z stosunkiem popytu do podaży.
Twierdzić, że „każdy towar jest wymienialny, jeśli nie faktycznie, to przynajmniej prawnie”, a w twierdzeniu tym opierać się na roli złota i srebra — to zupełnie nie rozumieć tej roli. Złoto i srebro tylko dlatego są prawnie zawsze wymienialne, gdyż faktycznie są wymienialne; a są faktycznie wymienialne dlatego, że obecna organizacja produkcji wymaga pewnego powszechnego środka wymiany. Prawo jest tylko oficjalnym uznaniem faktu.
Widzieliśmy, że p. Proudhon wybrał pieniądze jako przykład ukonstytuowanej już wartości jedynie dlatego, by móc przy tej okazji przemycić całą swą teorię wymienialności, tj. żeby dowieść, że każdy towar szacowany według kosztów swej produkcji musi stać się pieniądzem. Wszystko to byłoby bardzo piękne, gdyby nie jedna mała niedogodność, mianowicie, że właśnie złoto i srebro w swym charakterze monety są jedynymi towarami, których się nie ocenia według kosztów produkcji; a jest do tego stopnia prawdziwe, że można je zastępować w obiegu przez papier. Dopóki zostaje zachowana pewna proporcja między potrzebami obiegu a ilością wypuszczonych w obieg pieniędzy, czy to będą pieniądze papierowe, czy też złote, miedziane lub platynowe monety, dopóty nie może być ma mowy o utrzymaniu jakiejś proporcji między wartością wewnętrzną (kosztami produkcji) a wartością nominalną pieniędzy. Nie ulega wątpliwości, że w handlu międzynarodowym pieniądz, jak wszelki inny towar, określa się czasem pracy. Jednakże złoto i srebro w handlu międzynarodowym stanowią środki wymiany jako produkty, a nie jako pieniądz, tj. tracą one ten charakter „stałości i tożsamości” i „sankcję władzy”, które w oczach p. Proudhona stanowią ich specyficzny charakter. Ricardo tak dobrze zrozumiał tę prawdę, że choć oparł cały swój system na wartości określanej czasem pracy i orzekł, że „złoto i srebro, jak wszelki inny towar, posiadają wartość tylko w stosunku do ilości pracy niezbędnej do ich produkcji i dostarczenia na rynek” — przecież dodaje, że wartość pieniędzy określa się nie przez zawarty w ich substancji materialnej czas pracy, lecz przez prawo podaży i popytu. „Jakkolwiek pieniądz papierowy nie posiada żadnej wewnętrznej wartości, mimo to jednak, gdy ogranicza się jego ilość, jego wartość wymienna może stać się równa wartości takiej samej sumy nominalnej pieniędzy metalowych lub też sztab oszacowanych w monecie. Zupełnie w ten sam sposób, wskutek tej samej zasady, tj. wskutek ograniczenia ilości pieniędzy, monety niepełnowartościowe mogą kursować w takiej wartości, jaką by miały, gdyby posiadały nakazaną prawem wagę i czystość, a więc nie według tej wewnętrznej wartości, jaką posiada zawarty w nich czysty kruszec. Dlatego też w dziejach pieniędzy angielskich widzimy, że nasz pieniądz metalowy nigdy nie tracił na wartości w tym samym stosunku, w jakim spadała w nim waga czystego kruszcu. Przyczyna tego tkwi w tym, że jego ilość nigdy nie zwiększała się tym samym stosunku, w którym spadała jego wartość” (Ricardo, loc. cit.).
J. B. Say do tego ustępu robi następującą uwagę: „O ile mi się zdaje, ten przykład powinien wystarczyć do przekonania autora, że podstawę wartości stanowi nie ilość pracy niezbędna do wytworzenia jakiegoś towaru, lecz odczuwana potrzeba posiadania go, w połączeniu z jego rzadkością”.