Im bardziej wychodzi na jaw ten antagonistyczny charakter, tym bardziej ekonomiści — naukowi przedstawiciele produkcji burżuazyjnej — są w niezgodzie z swoją własną teorią; tworzą się rozmaite szkoły.

Mamy ekonomistów fatalistów, którzy w swoich teoriach są równie obojętni na to, co nazywają wadami burżuazyjnej produkcji, jak sama burżuazja jest w praktyce obojętna w stosunku do cierpień proletariuszy, pomagających jej zdobywać bogactwa.

W tej szkole fatalistycznej są klasycy i romantycy. Klasycy, jak Adam Smith i Ricardo, są przedstawicielami burżuazji, która walcząc jeszcze z resztkami feudalnego społeczeństwa, pracuje nad oczyszczeniem stosunków ekonomicznych ze śladów feudalizmu, nad powiększeniem sił produkcyjnych i nad nadaniem nowej żywotności handlowi i przemysłowi. Biorący udział w tej walce proletariat, pogrążony w gorączkowej pracy, doznaje tylko cierpień chwilowych, przelotnych i sam je za takie uważa. Ekonomiści, jak Adam Smith i Ricardo, którzy są historykami tej epoki, stawiają sobie za zadanie wykazać, jak się zdobywa bogactwo w stosunkach produkcji burżuazyjnej, sformułować te stosunki w postaci kategorii i praw oraz wykazać, o ile te kategorie, te prawa są wyższe jeśli chodzi o wytwarzanie bogactw od kategorii i praw społeczeństwa feudalnego. Nędza jest w ich oczach tylko owymi bólami, jakie towarzyszą każdemu porodowi, tak w naturze, jak i w przemyśle.

Romantycy należą do naszej epoki, kiedy burżuazja znajduje się w zupełnej sprzeczności z proletariatem, kiedy nędza rozwija się z taką potęgą jak bogactwo. Ekonomiści przybierają wtedy minę rozczarowanych fatalistów, którzy z wysokości swego stanowiska rzucają wyniosłe, pełne pogardy spojrzenia na ludzi-maszyny, wytwarzających bogactwa. Powtarzają oni wszystkie wywody swoich poprzedników, ale obojętność, która u tamtych była naiwnością, u nich staje się kokieterią.

Następnie idzie szkoła humanitarna, która bierze sobie do serca złe strony dzisiejszych stosunków produkcji. Stara się ona dla uspokojenia własnego sumienia łagodzić, o ile się da, rzeczywiste kontrasty, opłakuje szczerze nędzę proletariatu, szaloną konkurencję burżuazji pomiędzy sobą, doradza robotnikom, aby byli wstrzemięźliwi, pilnie pracowali i mieli mniej dzieci; zaleca burżuazji więcej umiarkowania w zapale produkowania. Cała teoria tej szkoły polega na nieskończonych rozróżnieniach między teorią a praktyką, zasadami a rezultatami, ideą a zastosowaniem, zawartością a formą, istotą a rzeczywistością, prawem a faktem, dobrą a złą stroną.

Szkoła filantropijna jest ulepszoną szkołą humanitarną. Zaprzecza ona konieczności antagonizmu, ze wszystkich ludzi chce zrobić kapitalistów, chce urzeczywistnić teorię o tyle, o ile się ona różni od praktyki i o ile nie zawiera w sobie antagonizmu. Rozumie się samo przez się, że w teorii łatwo jest abstrahować od sprzeczności, jakie się spotyka w rzeczywistości na każdym kroku. Taka teoria stawałaby się wyidealizowaną rzeczywistością. Filantropi chcą zatem zachować kategorie wyrażające stosunki burżuazyjne, ale bez antagonizmu, który stanowi ich istotę i jest od nich nieodłączny. Zdaje im się, że walczą na serio z praktyką burżuazyjną, tymczasem są więcej burżuazyjni niż inni.

Podobnie jak ekonomiści są naukowymi przedstawicielami klasy burżuazyjnej, tak socjaliści i komuniści są teoretykami proletariatu. Dopóki proletariat nie rozwinął się jeszcze na tyle, aby utworzyć klasę, a zatem i sama walka proletariatu z burżuazją nie ma charakteru politycznego, dopóki siły produkcyjne w łonie samej burżuazji nie są jeszcze dość rozwinięte, ażeby można było dostrzec warunki materialne potrzebne do wyzwolenia proletariatu i utworzenia nowego społeczeństwa — dopóty ci teoretycy są tylko utopistami, którzy aby pomóc uciśnionym klasom, wymyślają systemy i dążą do stworzenia nauki odradzającej. Ale w miarę jak historia postępuje i walka proletariatu zarysowuje się wyraźniej, nie potrzebują wyszukiwać teorii w swoim umyśle, powinni tylko zdać sobie sprawę z tego, co się dzieje przed ich oczyma, i stać się wyrazicielami rzeczywistości. Dopóki szukają nauki i tworzą tylko systemy, dopóki są w zaraniu walki, dopóty widzą w nędzy tylko nędzę, przeoczając jej stronę rewolucyjną, burzącą, która wywróci porządek starego społeczeństwa. Od tej chwili nauka wytworzona przez ruch historyczny i jednocząca się z nim z całą świadomością tego ruchu przestaje być doktrynerska, a staje się rewolucyjna.

Powróćmy do p. Proudhona.

Każdy stosunek ekonomiczny ma stronę dodatnią i ujemną; jest to jedyny punkt, w którym p. Proudhon nie przeczy samemu sobie. Widzi, że dodatnią stronę podkreślają ekonomiści, ujemną potępiają socjaliści. Od ekonomistów zapożycza potrzebę wiecznych stosunków, od socjalistów — iluzję dostrzegania w nędzy tylko nędzy. Zgadza się z jednymi i z drugimi, przy czym chce się oprzeć na autorytecie nauki. Nauka według niego sprowadza się do mizernych wymiarów formuły naukowej. Jest on człowiekiem poszukującym formuł. W ten sposób pochlebia sobie p. Proudhon, że dokonał krytyki i ekonomii politycznej, i komunizmu, tymczasem stoi niżej od obydwu.

Niżej od ekonomistów, ponieważ jako filozof mający pod ręką magiczną formułkę, czuł się zwolniony od wchodzenia w szczegóły czysto ekonomiczne; niżej od socjalistów, ponieważ nie ma ani dosyć odwagi, ani dosyć przenikliwości, aby się wznieść — choćby tylko spekulatywnie — ponad widnokrąg burżuazyjny.