Idzie Jan z tęsknym Wiesławem na zwiady,
Wiesław daleko przed nim znaczy ślady,
Bo go i miłość i młodzieńcza siła
Przez góry, doły, prędzej prowadziła;
A kiedy przyszli, gdzie mieszkała córka,
Taką pieśń nucą za płotem podwórka:

Kwiatami grzęda osnuta,
Kwitnie rozmaryn i ruta;
Na okienku wianek leży,
Jest tu córka dla młodzieży.

Przyjdzie młodzian z obcych błoni
Ojcu, matce się pokłoni;
Zerwie panna swoje kwiaty,
Do teściowej pójdzie chaty.

Raz ostatni, rozmaryny,
Uwieńczycie skroń dziewczyny!
Zielona ruto na grzędzie[10],
Nikt cię polewać nie będzie!

Schludna chatka, choć uboga,
Za rządnością pomoc Boga.
Skrzeczy sroka na jaworze[11],
Panna stroi się w komorze.

Otwierajcie! przyszli goście,
I ochoczo w dom zaproście;
Chociaż obcym, bądźcie radzi,
Dobra nas tu chęć prowadzi«[12].

Wyjrzała oknem od kądzieli matka.
Skrzypła zapora, otwarła się chatka,
Wszedł Jan sędziwy, Wiesław okazały,
Głową wyniosłą dosięgnął powały[13].
A matka rzekła: »Witajcie nam, goście,
Siądźcie i z Bogiem dobrą wieść przynoście!«
Z komory wyszła Halina z rumieńcem,
Skłoniła głowę przed znanym młodzieńcem,
A Jan powiedział: »Oj! widzę, że godne
I starca drogi lica tak urodne«.
Kiedy Halina słyszy taką mowę,
Rumianych wdzięków przybyło połowę;
Koszyk podróżny zdejmuje z młodziana,
Bierze i laskę sędziwego Jana,
Wnet czystą ławkę do stołu przynosi,
A matka gości do spoczynku prosi;
Mówi do ucha wstydliwej Halinie:
Niech się roznieci ogień na kominie,
Niech będzie rychło wieczerza gotowa!«

Jan, gdy odpoczął, w te przemówił słowa:
»Wszak gospodyni przez to nie obrażę,
Czyniąc, co dawny obyczaj nam każe;
Ojców zwyczaje toć krewieństwo nasze.
Przeto, Wiesławie, daj z koszyka flaszę,
A gospodyni kubka nam udzieli.
Miernie użyty trunek rozweseli,
Śmielszemi czyni ukrywane chęci
Serce roztkliwi i na jaw wyświęci;
A jak oblicze oglądamy w zdroju,
Tak dusza wiernie wyda się w napoju.
Pszczółki na ziemi pierwsze gospodynie,
One po całej opatrznej krainie
Zbiorów szukały; ochronne przy zgodzie,
Wzbudziły przemysł i w ludzkim narodzie;
A jak na wiosnę gospodarna pszczoła,
Gdy się sad bieli i wonieją zioła,
Niesie w ul siostrze uzbierane miody:
Tak niesie młodzian z rodzinnej zagrody
Kubek słodyczy przy życzliwej chęci
Tej, której serce niewolne poświęci.
Bo równa pszczole jest miłość wieśniacza:
Słodycz i zgodę i pracę oznacza«.
Podała matka kubek na te słowa.
Poszła do serca wszystkim Jana mowa;
Bóg go też wielkim rozumem obdarzył,
Już on niejedną rodzinę skojarzył,
Starostą bywa na każdem weselu,
I chrzestnym ojcem zwą go w domach wielu.
Przeto, gdziekolwiek przyjdzie w odwiedziny,
Jest jakby w domu u swojej rodziny.
W podany kubek nalał Wiesław miodu:
»Przyjmij tę kroplę z obcego ogrodu,
Piękna Halino, jak tobie słodyczy
Na całe życie serce moje życzy«.

Na to Halina pytającem okiem
Patrzy na matkę; odwrócona bokiem,
Białe odzienie zarzuca na głowę,
Tak zasłoniona, wypija połowę,
Połowę Wiesław wypełnił aż do dna;
A jako zorza wśród lata pogodna,
Rumianym wstydem jaśniała Halina.
Jan dziewosłęby w te słowa zaczyna:
»Kiedy tak córka chęć życzliwą dzieli,
Już do was, matko, mówić mię ośmieli,
Gdzie młodzież idzie za serdeczną władzą,
Niech ją z namysłem starsi doprowadzą;
Młodość nie widzi, przyszłości nie bada,
Jako w kochaniu, ufność w losie składa;
A to oddzielne, nieprzyjazne rzeczy!
Szczęście więc starsi muszą mieć na pieczy:
Wszystko opatrzyć, w szczerości pogadać,
A zresztą ufność na Bogu zakładać.
Zacnego domu widzicie tu syna;
Chociaż pod ziemią śpi jego rodzina,
Ma przecie ojców, co, litością zdjęci,
Mając kumostwa powinność w pamięci,
Nie żałowali dla sieroty chleba,
Uczyli pracy i bojaźni nieba;
Sprawiał się godnie, że go synem zowią
I część chudoby dla niego stanowią[14].
Nie jestci u nich gospodarstwo liche,
Praca sierpowa nie idzie pod wichę[15],
Co tydzień wniesie, nie straci niedziela,
Bóg też pomocy rządności udziela:
Czystą pszenicę czarna niesie rola,
Wełniste owce zabielają pola,
W schludnej stajence bydełko się chowa,
A cztery konie jadą do Krakowa.
Z ich to ramienia do was ja przychodzę;
Poznał się Wiesław z Haliną na drodze,
Jak pewno wiecie, i ojcom wyjawił,
Że swoje serce w jej sercu zostawił.
Na to Stanisław rzekł mu słowem takiem:
»Jesteś mi, prawda, w domu jedynakiem,
Lecz, jeśli miła serce tobie święci,
Jeśli rodziny poznasz dobre chęci:
Uprośże Jana, niechaj zacznie swaty,
Jak syn synową, przywiedź mi do chaty«.
Te słowa, matko, wiernie wam odnoszę
I w imię ojców o córkę was proszę;
Niechaj Bóg dobre rodziny jednoczy!
Nie chcę młodego wychwalać wam w oczy,
Często pochwała, choć i słuszna, szkodzi,
Bo lepiej, kiedy nie znają się młodzi;
Zawcześnie już się u celu być mienią,
Raz pochwaleni, przestrogi nie cenią.
Choć pracowity, choć pokorny w domu,
Bywał i Wiesław szpakiem[16] pokryjomu:
Zajechać drogę, choćby wojewodzie,
Rej nad muzyką prowadzić w gospodzie,
Z karczmy rozpędzać cesarskie wojaki[17],
Wyśmiać wędrownym góralom chodaki[18],
Toć były jego dotąd obyczaje!
Młodemu wszystko zarówno się zdaje:
Bo jak na wiosnę pędzi potok w biegu,
Pieni się, szumi i wylewa z brzegu,
Aż dalej cicho upływa w korycie,—
Tak młodzian, siłą udarzon obficie,
Musi wyszumieć, aż w troskach stateczny[19],
Jak jabłoń, z czasem traci kwiat zbyteczny.
Zna Wiesław łaskę i niełaskę nieba,
Kto użył biedy—poznał cenę chleba.
Zawsze też dobra i stateczna żona
Resztę wychowu w młodzianie dokona;
Douczy myśleć, jak dobytek zbierać,
Jak się na przyszłość zwodliwą ozierać.
To wam powiadam o moim Wiesławie,
Bom mu był świadkiem od dzieciństwa prawie«.—

Bacznie Halina, stojąca na boku,
Śledziła prawdę w Wiesławowem oku;
Jan, mówiąc prawdę, wiedział, że nie ranił:
Dziewczęta lubią błędy, które ganił.
Ale łza błysła w źrenicy młodziana,
Potem się [nizko] skłonił do nóg Jana,
Skłonił się matce, milcząc, pełen sromu;
I było długie pomilczenie w domu.
Wtenczas Halinie równie łzy wytrysły.
Jako na wiosnę nad brzegami Wisły,
Gdy wonny deszczyk obłoki wyleją,
Kwiaty zroszone błyszczą się nadzieją,
A razem słońce za górami świeci—
Tak, gdy z otuchą łzy roniły dzieci,
Jan z matką na nie poglądali z boku,
Miła pogoda jaśniała im w oku.
Rzewniło matkę niespodziane szczęście,
Lecz nie Halinie bogate [zamęźcie],
Która, sierota, bez ojca i matki,
Wiana nie miała, ni rodzinnej chatki!
W szczerości zatem, jak każe sumienie,
Takie Janowi czyni oświadczenie:
»Jest Bóg widzący na niebieskim dworze,
Doświadcza ludzi w szczęściu i pokorze,
Czy kogo zniży, czy w górze osadzi,
Wgląda, jak wszędzie człowiek sobie radzi.
Halina moja, co w ubogim bycie
Przepracowała dotąd ze mną życie,
Nie wierzy słońcu, które niespodzianie
Przed nasze teraz zabłysło mieszkanie;
Na stan jej [nizki] wysoka jagoda,
Nie dla sieroty jest kmiecia zagroda;
Bo nie ma ojców, ani przyjacieli,
Aby o wianie dla niej pomyśleli.
Przeto, młodzieńcze! niech cię Bóg poświęci
Za dobre serce i życzliwe chęci!
Teraz usłyszcie o losie Haliny
I to do waszej odnieście rodziny.
Gdy się los zawziął na polską Koronę,
Szedł i mąż z kosą z braćmi na obronę
I już nie wrócił. Obcy bez litości
Grabili dwory, zapalali włości;
Doznał, co trwoga, kto pomni te czasy!
Starcy i matki pokryli się w lasy,
Ale i w lesie płoną ogniem sosny;
Byłci to widok straszny i żałosny,
Gdy ta ostatnia gorzała uchrona.
Milami wielka rozciągła się łuna,
Dzieci i żony błądziły tłumami;
Przy drodze na to patrzałam ze łzami,
A że mi dziecię zastąpiło drogę,
Do serca, płacząc, tuląc, jako mogę,
Pytam o imię, rodzinę, mieszkanie,
Ale daremna prośba i pytanie:
Dziecię zaledwo znało swoje imię;
Mówiło tylko, że w okropnym dymie
Nieznani ludzie wiedli je do lasu.—
Więcej nic nie wiem aż do tego czasu.
Ja, niegdyś matka, pamiętna na Boga,
Wzięłam sierotę, choć sama uboga;
Podjęłam troski, lecz była ich godna,
Wyrosła zdrowa, pracowna, urodna.
Obiedwie teraz pracujem na siebie,
W jednych żyjemy troskach i potrzebie,
Pracą łagodząc ubóstwo uporne,
W cudzej zagrodzie siedzimy komorne,
Bez skiby ziemi. Jałówka, dwie krówek,
Kilka owieczek—cały nasz dochówek.
W lecie sąsiadom pracujem przy żniwie,
Zato nam zagon odstąpią na niwie.
Tak len siejemy, a wieczorna przędza
Resztę domowej potrzeby opędza.
Brzmią tu wesela na każde zapusty,
Lecz to nie dla niej,—nie dla niej odpusty,
Na których dziewkom kupują pierścienie;
Tam, gdzie stodoły i bogate mienie,
Tam zalotnicy. Nie zwabi młodziana
Przybysza córka[20], bez ojców i wiana;
Jak była dotąd niebieska opieka,
Tak przeznaczenia u Boga niech czeka;
Ufam, że póki niemoc mię nie strawi,
Już mię Halina samą nie zostawi«.