Na to Halinie łza z oczu wytryska,
Klęka przed matką i kolana ściska:
»O miła matko! tyś mi moje wiano!
Choćby mi góry złociste dawano,
Choćbym mieszkała w malowanym dworze,
Jedwabne szaty chowała w komorze,
Tobym bez ciebie przepłakała życie«.

Tak się ścisnęły, lejąc łzy obficie.
A Jan milczący bacznie radość chowa.
Wykraść się chciały niecierpliwe słowa,
Bo dusza pełną była ważnych myśli;
Na twarzy tylko wesele się kreśli.
Chciał mówić Wiesław, ale go Jan bacznie
Ostrzega cicho i tak mówić zacznie:

»Ważne mi, ważne zwiastują się rzeczy!
Jest Bóg, co ludzkie sprawy ma na pieczy,
Chwała mu wieczna!—Mila gospodyni
Niechaj z ufnością, co powiem, uczyni,
Bo z serca idzie szczera moja rada:
Uproście koni z wozem u sąsiada.
A tę życzliwość hojnie mu wrócimy,
Bo wszyscy w drogę wybrać się musimy.
Szczęścia spólnego wybiła godzina:
Pozna Halinę Wiesława rodzina.


V.

Wartko wóz toczą parskające konie,
Mijają bory, i mostki, i błonie,
Cała drużyna siedzi zadumana.
Wesołość tylko nie opuszcza Jana:
Bo radość w sercu utajoną żywi,
Że dwie rodziny wrychle uszczęśliwi.

[Przydrożne lipy] długie ścielą cienie,
Gore nad lasem niebieskie sklepienie,
I rzeźwą wonią tchnie wieczór pogodny.
Jest [blizko] drogi gościniec wygodny,
Tam każą stanąć, bo choć wioska [blizka],
Jednak ją dzielą zarosłe stawiska.
Przeto, nim wokół jadący okrąży,
Pieszy ścieżkami trzykroć pierwej zdąży.
Idą więc wszyscy ścieżkami wesoło,
A wóz pył wznosi, okrążając koło.
Dziwnie Haliny twarz się uwesela,
Swawolna, więcej mówić się ośmiela.
Przebyli kładki i zaczepne[21] krzewy;
Z błoni pastusze ozwały się śpiewy,
Które jej bardzo do serca trafiły:
Tak na weselu nucił Wiesław miły.
A Jan uważnie pogląda w jej lica,
Czy jej nie będzie znaną okolica.
Wtem uroczyście od kościelnej wieży
Dzwon na modlitwę głos po rosie szerzy
Pobożnie wszyscy padli na kolana;
A twarz Haliny, od zorzy oblana,
Podobną była do twarzy anioła—
Ale tęsknocie wytrzymać nie zdoła,
Do dziwnych marzeń głos dzwonka ją skłonił,
I słodki smutek kilka łez wyronił.
A idąc dalej, na wzgórku stanęli;
Już tylko wioskę jedno błonie dzieli,
Z którego, krzycząc, swawolne pachołki
Spędzają na most i krówki i wołki.

[Skrzypią z ról czarnych] wracające pługi,
A cała wioska, jako ogród długi,
W kwitnących sadach [nizkie] strzechy kryje,
Z których dym kręty ku niebu się wije.
A stary kościół z blaszanymi szczyty
Ponad wsią błyszczy, lipami zakryty.
Wieża, z której dzwon o milę donosi,
Już pogrzeb piątym pokoleniom głosi.
Gdy tak na wszystkie poglądają strony,
Jan się zapytał, na laskę schylony:
»Jak ci się zdaje to nasze siedlisko?
Chata Wiesława już tu bardzo [blizko]«.
Ale Halina w jedną patrzy stronę;
Bijące łono, usta otworzone
Poznać dawały wielkie zadumienie,
Błogie się w serce cisnęło wspomnienie.
Nie mogła mówić, bo w takowym stanie
Każdy jej oddech zajmowało łkanie.

[Dalej przy miedzy,] naprzeciwko chaty
Stoi krzyż Pański, pochylony z laty,
Wokoło wierzby i zielona trawka;
Tam wiejskich dzieci niedzielna zabawka.
Tu już Halina pada na kolana,
W dłonie uderza i mówi do Jana:
»Mocny mój Boże! toż moja rodzina!
Gdzie moja matka, gdzie matka jedyna?
Jeśli już w grobie, na grób jej pójść muszę,
Stęsknioną do niej niech wypłaczę duszę!
Tu się bawiłam, tu zbierałam kwiaty,
Ale nie widzę rodzicielskiej chaty:
Bo tu inaczej wszystko dawniej stało,
Nie tak, jak mi się w pamięci zjawiało«.