Tu Jan o ziemię kij i czapkę rzucił,
Klęknął i pod krzyż łzawe oko zwrócił.
»Tu najprzód, rzecze, na kolana padaj,
Tu już nie pytaj, ale dzięki składaj!
Widzisz tę ziemię, jak jest wydeptana?
Twoja to matka, matka żałowana,
W modłach za tobą tak ją wyklęczała;
Bóg nas doświadcza, Bogu zawsze chwała!
Bóg litościwy i ciebie ratował,
I ojców twoich przy zdrowiu zachował;
Wzmogli się znowu po niszczącym boju,
Z sierotą dzielą owoce pokoju.
Chatkę i córkę stracili w potrzebie,
Dziś w nowej chacie uściskają ciebie«.
Klękła Halina, Wiesław za Haliną,
A zamiast modłów łzy im z oczu płyną;
Łzy, które czystsze od rosy wyleli,
Które, jak perły, liczyli anieli;
A kiedy wstała, już uczuć nie kryje,
Ściska Wiesława i Jana za szyje.
Weszli w podwórko, lecz ojców nie było.
Patrzy Halina, co się, odmieniło.
Spokojnie ojców od pola czekali,
Aby Halinie wypoczynek dali.
Już też Stanisław idzie z łąki z kosą,
Idzie i żona, konicz krówkom niosą;
Najprzód z bławatem szła Bronika mała,
Gości w podwórku ojcom wskazywała.
Chciał Jan, by Wiesław naprzeciw pośpieszył,
Aby wprzód matkę szczęśliwą ucieszył.
[Jak się witała] rodzina złączona,
Jedno drugiemu oddając do łona;
Jakie pytania, dzięki, odpowiedzi,
Jako się zbiegli ciekawi sąsiedzi;
Jako Bronika starszą siostrę ściska,
Nie znając straty, a czując, co zyska—
Tego wam, moi mili towarzysze,
Jakobym pragnął, nigdy nie opiszę!
Na tem więc kończę, bo wy, co czujecie,
Lepiej to sobie w sercu opowiecie.
DOBRANOC WIESŁAWOWI.
Uśnij mi, uśnij, Wiesławie drogi!
Da tobie miłe spocznienie
Spokojne twoje sumienie,
Bo cnocie zawsze sen błogi.
Niechaj pies wierny przed twemi wroty
Odstrasza z dala złych ludzi;
Niech ranny kogut cię budzi
Do szczęsnej w polu roboty.
Niech pod twe dachy jaskółka z rana
Z gościną szczęście przynosi;
Niech zawsze dobry czas głosi
Na żęcie kłosów i siana.
Z góry obłoki, co leją wody,
Nie miną nigdy twych błoni;
Niech kwiatem ogród twój woni,
I liczne mnożą się trzody.