Niezbyt wielkie musiały być te siły moralne, kiedy ostatnim, ale za to najsilniejszym argumentem miał być gwałt; Mostowski „w zapamiętaniu się bez względu na godność powołania naszego chciał... uderzyć w głowę stołkiem w przytomności Francuzów, swych gospodarzy, z okazji niepodobania mu się opinii”, po czym kazał Deczyńskiemu „wyjść za drzwi od siebie i nie postać nigdy nogą w jego mieszkaniu”.
Deczyński opuścił „gościnne” progi pana hrabiego, zamierzając żądać od niego zadośćuczynienia z bronią w ręku. Ale i tu los miał się dlań okazać nieprzychylny. Zamiast znaleźć obecnie w Rzążewskim oparcie, znalazł tylko wielce dyplomatyczne plany. Przyjaciel nie chciał sekundować, nie życząc sobie narażać na szwank dobrych stosunków z Mostowskim, którego się jeszcze bał. Deczyński zmuszony był szukać pomocy u obcych i znalazł ją u niejakiego Müllera, emigranta włoskiego, który zjawił się u Mostowskiego „z propozycją pojednania się z nim sposobem przeproszenia go lub dania mu satysfakcji pojedynkowej za ubliżenia mu uczynione”. Mostowski satysfakcji odmówił i natychmiast posłał odpowiedni list, w którym donosi, że „uważa w mowie będącego Pana Deczyńskiego za człowieka bez cnoty i honoru z powodu oszczerczego czernienia narodu naszego. Sądzę przeto, że z człowiekiem takowe piętno hańby na sobie noszącym w rozprawy honorowe wchodzić byłoby dla mnie krzywdzące”, i zapowiada, że całą sprawę odda do rozsądzenia Komitetowi Narodowemu. Ale dopóki nie nastąpi decyzja Komitetu, nie może dać żadnej satysfakcji Deczyńskiemu.
Było to najłatwiejsze załatwienie sprawy. Zasłonięcie się puklerzem dbałości o dobro publiczne jest znanym z dawna sposobem postępowania. Ale nie dość zasłonić się, należało jeszcze działać, to jest zdobyć dowody „zdrady” Deczyńskiego. Z rana 3 kwietnia dał Mostowski odpowiedź odmowną, wieczorem w jego mieszkaniu odegrała się scena wyżej opisana. Mostowski, główny aktor całego przedsięwzięcia, postarał się i tu znaleźć wyjście i dla uzasadnienia dokonanego gwałtu Żyliński i Skorutowski wydali 4 kwietnia rewers, w którym całą odpowiedzialność za gwałt biorą na siebie.
Położenie Deczyńskiego było aż nazbyt trudne. Mostowski „wydarł mu rękopis, w którym różne myśli i notatki niezebrane jeszcze w pewien sens znajdują się, i tym aktem łupieży straszy... wytoczeniem sprawy przed Komitetem”; obraził go w ciężki sposób, odmówił satysfakcji i w dodatku rozsiewał wieści o jego zdradzie, o stosunkach z rządem rosyjskim itp.
Znękany nieszczęściami, jakimi wichrzyciel nie przestaje go otaczać, Deczyński po upływie dwóch dni, widząc, że wszelkie pośrednictwo Rzążewskiego pozostaje bez skutku, udaje się do prokuratora miejscowego, żądając rozpoczęcia sprawy w celu wydobycia gwałtem zabranego rękopisu. 7 kwietnia otrzymuje Mostowski wezwanie, zjawia się u prokuratora i przekonywa go, ażeby nie rozpoczynał kroków, dopóki nie nadejdzie decyzja Komitetu. Argument, którym walczy Mostowski, jest słowo: szpieg moskiewski. Jednocześnie Deczyński postanowił się udać i do rodzimej władzy, za jaką uchodził w owych czasach Komitet Emigracyjny w Londynie. Dnia 8 kwietnia 1837 r. pisze list do Londynu, w którym opowiada w najkrótszych wyrazach całe zajście, nie wymienia jednak nazwiska Mostowskiego, jak powiada „z powodu: jeżeli zaniechał kroków oszczerstwa, jakimi mi groził, usunę jego nazwisko od wiadomości, jeżeli zaś je poniesie na mnie do szanownego Komitetu, sam się wyjawi”. Zobowiązuje się nie wydawać pamiętnika we Francji, „dopóki pierwej egzemplarza na piśmie w języku francuskim moim kosztem nie przyślę do przejrzenia pod sąd Szanownego Komitetu Narodowego, a ten, jeżeli go uzna być godnym druku, pozwolenie jego na pierwszej stronicy dzieła zamieszczę”, i prosi, ażeby Komitet położył „tamę oszczerstwu temu przez zamknienie tej sprawy w Akta Emigracji, a może nam zaświta czas błogi, gdzie będę mógł na ziemi naszej uzyskać sprawiedliwość albo też przybycie do niej uleczy mych nieprzyjaciół z tego fanatyzmu politycznego, który w głowach na pół otwartych waży tylko niezgodę, a tym samym intrygi i oszczerstwa”. Do listu tego dołączył Deczyński protestację przeciwko oszczerstwom.
Pomimo gorących próśb „zmartwionego” Komitet po odebraniu listu tego (16 kwietnia) nie zabrał się do rozwikłania tej sprawy. Takich spraw było zbyt wiele. Wszystkie jednakowe i wszędzie oskarżenie opierało się tylko na tym, że fanatyzm w pół otwartych głowach tworzył oszczerstwa, dla których podstawą było zawsze „nasze moralne przekonanie, że ci panowie jest to odłamek gniazda moskiewskiego, zaszczepionego, uwitego w łonie emigracji naszej, z którego mają wyjść gady jadowite nurtujące wnętrzności trupa Matki naszej”. Ale dla Deczyńskiego sprawa ta była pierwszorzędnej wagi. Na próżno usiłował on „uniknąć rozlania wszelkiej potwarzy” na jego honor uderzającej, już w samym Mâcon wzbudziła ona powszechne zainteresowanie. A przy tym Mostowski z towarzyszami nie zasypiał sprawy. Zawiadomił o rzekomej zdradzie dawnych towarzyszów Deczyńskiego w Brive, napisał list do biskupa Autun i wygotowawszy olbrzymi memoriał w tej sprawie, wysłał go wraz z odpowiednim listem do Komitetu w Londynie dnia 29 kwietnia.
Dotychczas nieokreślone, ale wielce znaczące luźne uwagi zostały zebrane razem i oskarżenie skrystalizowane w ostrej formie. „Po odczytaniu tej sprawy daj zdanie swoje, generale, o dziele i jego autorach. Obudź nim czujność Emigracji na dostrzegać się dające ajentostwo47 moskiewskie. Niech groźną siłę moralną widzą podli służalcy despotyzmu, niech drżą na wspomnienie przyszłości i hańby wiecznej ich czekającej”.
Cóż miał robić Deczyński? Odpowiedzi nie otrzymał. A tymczasem oszczerstwo nabierało w oczach ogółu znaczenia i on — „zraniony intrygami” — nie mógł im nic przeciwstawić. Wiedział o wysłaniu listu przez kompanię Mostowskiego, nie znał jednak jego treści. Domyślał się dobrze, toteż on, który — jak sam mówił — „nie mam innego ducha, innych uczuć serca, innych zamiarów i postanowień, tylko takie i te same, jakie miałem jeszcze w Polsce przed Rewolucją, którego dałem dowody nienawidzenia despotyzmu, za co byłem prześladowany, cierpiałem przykrości i szyderstwa, zostałem destytuowany48 z posady nauczyciela szkoły parafialnej, krępowany powrozami jako złoczyńca i do wojska za karę na żołnierza w r. 1829 odesłany, abym nie podnosił głosu mego przeciwko ciemiężcy nieszczęśliwej mej familii wieśniaków, abym nie używał pióra mego na żądanie wymiaru sprawiedliwości za czynione im gwałty” — on musi teraz na obczyźnie bronić siebie od zarzutów uległości wobec despotyzmu.
4 maja pisze znów list już na ręce Dwernickiego, jako prezesa Komitetu, broni w nim przed zarzutami nie tyle siebie, ile Rzążewskiego, i uprasza przede wszystkim, aby przedstawiono sprawę odmowy na jego wyzwanie na zgromadzeniu ogólnym Polaków, chodzi mu bowiem o to, ażeby nie pozostawał w fałszywym położeniu człowieka zhańbionego.
Odpowiedź przyszła, ale przyszła późno bardzo i dziwny bardzo posiada charakter. Do Mostowskiego Komitet Centralny pisze: