trwogi nie budzi nawet w pacholętach,

i nędzne chłopię prowadzi olbrzyma

z wyłupionymi, krwawymi oczyma.

Samsonie! błaznuj! Błaznuj nam, Samsonie! —

woła lud gwarny, jak fale ryczące,

a co przedniejszych z ludu trzy tysiące

siadło wśród niewiast na płaszczyźnie pował5,

by patrzeć z dachu, jak będzie błaznował.

Tłum szalał śmiechem — ten mocny, ten krwawy,

ten wróg szyderca, skrępowany w liny,