Schnąca limba
U stóp mych dzika przepaść. W ciemnym niebie blady
Świeci księżyc, podobny wodnej białej lilii,
Co kielich swój nad ciemne głębiny wychyli.
Cicho — grzmot słychać tylko huczącej kaskady1.
Nad nurtem jej ze skalnej wyrosła posady
Limba2: zżółkłe konary smutno na dół chyli,
Czując, że dłużej walczyć na próżno się sili
I runie — wicher szumi jej hymny zagłady.
Nie ona jedna toczy tę walkę bolesną: