A ona, dłonią bezczelnie bezwstydną

Jęła2 obnażać swój okropny kształt

I w swej nagości stanęła mi widną3.

Każdy łachmanów odsłoniła fałd,

A oczy moje spod powiek skostnienia

Patrzyły, woli mej zadając gwałt.

I pochwyciła mnie w swe uściśnienia — —

O dziwna, straszna ironio! Jam czuł

żądzę wśród wstrętu, rozkosz wśród cierpienia.

Jej wzrok podniecał, choć jej oddech truł,