marszczyła się na brzegu rozrzucona odzież

i sina laska dymu szła w niebo znad strzech

gdy waląc piętami w rudą szerść aż dudniła

na koniach przez słońca czarny przygniecionych dysk

wpadli między mokre trzęsące się ciała

które się zbiegły w jeden długi ostry pisk

i wyśliznął się jak węgorz dzień upalny

ktoś wyrywał się omdlewał i od krzyku chrypł —

kołysały się białe wysmukłe brzóz palmy

i mamrotały coś pszczelne baobaby lip