Prokuratorze, idzie pusta noc, na naszych oczach leży ślepa noc symboliczna,

a z magnetycznych pól, jak martwy posąg na koniu,

cwałuje wśród chrzęstu lat

prawda nielogiczna.

III

Oddając podzwonne i witając nowych poetów, nie piszę historii poezji polskiej ostatnich lat trzydziestu. Bo na ogół to dla krytyka jest żywą historią poezji, co oczy jego na witrynach księgarskich oglądały jako nowe tytuły. Więc pozostawiam na boku sprawę Tuwima. Indywidualne właściwości jego poetyki stanowiły wzór tak jednorazowy, że nie nadawał się on na kamień węgielny szkoły. Tuwim nie pozostawił uczniów, chyba całkiem trzeciorzędnych. Powojenne przyjęcie Kwiatów polskich przez krytykę było kwaskowate i dalekie od entuzjazmu, zaś szeroka ich lektura przez zwykłą publiczność bardziej odbywała się na prawach Pegaza dębem aniżeli Beniowskiego.

Niemniej ambiwalentne sądy wybitnych pisarzy. Z jednej strony, Spóźniona gałązka bzu Adolfa Rudnickiego697. Z jednej więc strony pokłonne po śmierci — nigdy w tym sposobie nie składane Tuwimowi, póki był on w pełni sławy. Z drugiej strony, kostyczna notatka w Dzienniku Gombrowicza698: „Nie wprowadził nas w nic, niczego nie odkrył, w nic nie wtajemniczył, nie dostarczył żadnego klucza... Gdyż Tuwim jako Tuwim, to jest jako osobowość, nie istniał. Harfa bez harfiarza”.

No, cóż. Już tak raz kiedyś pewien bardzo wielki twórca powiedział o swoim socjuszu699 ze wspólnego grobowca wawelskiego, że jest kościołem bez Boga. Dobra jest więc tradycja w tej harfie bez harfiarza, rodem z Lilii Wenedy. I przypuszczać można, że skuteczność tej metafory okaże się podobna do Mickiewiczowskiego zniecierpliwienia.

Pozostawiam na boku sprawę Gałczyńskiego. O wiele bardziej skomplikowaną aniżeli Tuwima. Gałczyńskiego dziedziców i uczniów bezpośrednich można wskazać wielu, jeszcze nie wszyscy zapewne się wyroili. W zastanawiającej skali się to dokonywa: od najwybitniejszych talentów najmłodszej poezji po puściznę anonimową, niejako rozpyloną w powietrzu, której użytkownicy w ogóle nie pytają lub w ogóle nie są świadomi, skąd ta puścizna pochodzi. I mało kto dobitniej prócz Gałczyńskiego potwierdza prawdę mądrej obserwacji T. S. Eliota700, że rola społeczna poety to nie tyle to, co dany twórca oddaje i pozostawia następcom, znawcom i czytelnikom wyrobionym, lecz to, co pozostawia anonimowo ludziom od poezji dalekim — we wzorze mowy, uczucia, humoru. Gałczyński pozostawił takie dziedzictwo już prawie bezimienne i bezautorskie, pozostawił je w zespole rudymentarnych postaw poetycko-uczuciowych.

Pozostawiam na boku sprawę Jastruna701. Ustawiczna pulsacja nurtu lirycznego, jego wrażliwość na przemiany chwili, aktywność obywatelska ja poetyckiego w obliczu każdego tematu, oto co wydaje się być staffowskie u tego poety o ciemnej powierzchni wzruszeń podstawowych.