Trzeba bowiem pamiętać, że w roku bieżącym Hans Dedecius wydał już nader starannie opracowaną i przełożoną, w składzie przeszło trzydziestu poetów polskich, tak krajowych, jak emigracyjnych, od Białoszewskiego1013 i Harasymowicza1014 po Wierzyńskiego1015 i Tuwima1016, antologię noszącą tytuł Lektion der Stille (Carl Hanser, München, s. 83). Wszyscy piszący o niej w Polsce, wśród nich Julian Przyboś, byli o tej antologii jak najlepszego mniemania. Płonące groby to zatem nowy załącznik do działalności przekładowej Dedeciusa, załącznik, któremu prócz ludzkiego wzruszenia i wdzięczności należy się możliwie sumienna ocena.
Zestawienie wersji niemieckich z polskim oryginałem dowodzi, że tłumacz zna język polski w sposób nienaganny. Z sytuacji językowo nawet po polsku niełatwych Dedecius umie wybrnąć w szczęśliwy sposób. Baczyński: „Odchowali cię w ciemności, odkarmili bochnem trwóg, przemierzyłeś po omacku najwstydliwsze z ludzkich dróg” — „Sie zogen dich im Dunkel grob mit Angst, die alle assen, und du gingst blind die schamhafteste aller Menschenstrassen” (Elegia o chłopcu polskim).
Tylko w jednym wypadku tłumacz nie podołał słownikowo, ale w wypadku, przyznać trzeba, niełatwym. Czechowicz powiada w Modlitwie żałobnej: „będzie się toczył wielki grom z niebiańskich lewad”, co zostało oddane dosłownie: „aus himmlischen levaden wird ein grober donner roll’n”. O ile się orientuję, słowa lewada nie ma w języku niemieckim, i tłumacz po prostu nie zrozumiał tego wyrazu, nobilitowanego w poezji polskiej głównie dzięki Słowackiemu, a także pisarzom pochodzącym z ziem ukraińskich (np. Iwaszkiewicz1017 zna lewadę). Należało zamienić lewada na łąka, polana (jakkolwiek nie są to terminy jednoznaczne).
Jeszcze z pretensji dwie wypada wskazać. Nie mogę się pogodzić z przekładem Piątej pory roku Hollendra (zresztą wiersz sentymentalny i słaby, niegodzien miejsca w antologii) z zagubieniem postulowanego przez autora powiązania rymowego: Wiosną, latem, jesienią, w zimie — wszystko to u Hollendra rymuje się z odpowiednim wersetem, np. „W zimie — lękam się śmierci w śnieżnej zadymie” — „Im Winter — fürchte ich den Tod in weissen Schneegestöbern”. Wreszcie, pod Czechowiczem Ballada z tamtej strony, zapewne ze względu na jej zakończenie („ze skrzynki zamkniętej jak boleść z umarłych rąk czechowicza”), położono datę 1939. Jeśli miałaby ona oznaczać czas powstania utworu, wymowne zakończenie wraz z datą śmierci poety wprowadziły w błąd tłumacza. Zbiór Ballada z tamtej strony, któremu ów znakomity liryk dał tytuł, pochodzi z roku 1932.
Tyle drobnych pretensji — zresztą wszystko w omawianym arkuszu poetyckim odznacza się sumiennością, odpowiedzialnością i dobrym smakiem, zarówno w doborze utworów, jak wartości przekładu. Szczególnie przy Baczyńskim i Gajcym1018 utrafił Dedecius w tytuły prawdziwie reprezentatywne tak co do ich jakości poetyckiej, jak postawy moralnej oraz ideowej. Jako tłumacz Dedecius zdaje się najlepiej czuć w tekstach o wybitnie widocznej rytmizacji, zarówno podówczas, kiedy tę rytmizację nadała przyjęta przez autora strofa (np. Baczyńskiego Poległym, Elegia o polskim chłopcu, Gajcego Oczyszczenie), jak też w przypadku rytmu bardziej luźnego i swobodnego. Świadectwem niechaj będzie zakończenie Modlitwy żałobnej Czechowicza:
lass uns noch deine lichtmusik
den ton im wassermund
wenn reim uns nahrt und rhytmus wiegt
vergessen wir den grund
den ich so selten rufe herr du schmerzensreicher