„Na co mi przyszło! — pomyślał z rozpaczą. — Przypuszczam jednak, że każdy głupiec potrafi prać”.

Poszedł do kabiny po balię, mydło i inne potrzebne rzeczy, wybrał na chybił trafił kilka sztuk bielizny i zabrał się do roboty, usiłując przypomnieć sobie, co widział, kiedy zaglądał od czasu do czasu w okna pralni.

Minęło długie pół godziny, a złość Ropucha coraz bardziej się wzmagała. Nic z tego, co przedsięwziął, nie zdawało się dogadzać bieliźnie ani jej udoskonalać. Próbował i pieszczoty, i bicia, i szturchańców, lecz zatwardziała grzesznica nie dała się nawrócić i tylko uśmiechała się do niego z balii. Ropuch obejrzał się parę razy z niepokojem przez ramię na właścicielkę barki, lecz zdawała się patrzeć przed siebie, zajęta sterowaniem. Plecy go bolały i zauważył z przerażeniem, że skóra na jego łapkach zaczyna się marszczyć, a Ropuch był bardzo dumny ze swych łapek. Mruknął pod nosem słowa, które nie powinny nigdy wychodzić z ust praczek ani ropuch, a mydło wyślizgnęło mu się po raz pięćdziesiąty.

Wtem posłyszał wybuch śmiechu. Wyprostował się i obejrzał. Kobieta, przegięta w tył, śmiała się do rozpuku, aż łzy spływały jej po policzkach.

— Przyglądałam się pani przez cały czas — wykrztusiła. — Ja już sobie myślałam, że z pani musi być kawał blagiera, bo tak się pani wychwalała! Ładna z pani praczka! Założę się, że nie wyprała pani nawet ścierki przez całe swoje życie!

Złość, którą Ropuch dusił w sobie od jakiegoś czasu, zaczęła teraz kipieć — przestał zupełnie panować nad sobą.

— Ty prosta, ordynarna, tłusta babo! — wykrzyknął. — Nie waż się przemawiać w taki sposób do osób stojących znacznie wyżej od ciebie! Praczka! Wiedz, że jestem Ropuchem, powszechnie znanym, szanowanym i niezwykłym Ropuchem! Być może, iż obecnie znajduję się pod wozem, ale nie zniosę, aby właścicielka barki naśmiewała się ze mnie!

Kobieta zbliżyła się i zajrzała bystrym wzrokiem pod czepek Ropucha.

— Rzeczywiście! Ropuch! — wykrzyknęła. — A to dopiero! Obrzydliwy, paskudny, pełzający Ropuch! I to w dodatku na mojej ślicznej, czystej barce! Nie, tego nie zniosę!

Puściła na chwilę ster, wyciągnęła ogromną rękę, schwyciła Ropucha za przednią łapkę, a drugą ręką trzymała go mocno za tylną. Potem świat wywrócił się do góry nogami, barka zdawała się sunąć lekko po niebie, wiatr zaświszczał Ropuchowi w uszach, a on sam pofrunął w powietrze, wywracając w drodze koziołki.