Gdy wreszcie wpadł z głośnym pluskiem do kanału, woda okazała się nieco zbyt zimna na jego gust, lecz jej temperatura nie zdołała ostudzić zapalczywego gniewu Ropucha ani złamać jego hartu. Wypłynął, parskając, na powierzchnię, a gdy otarł z oczu źdźbła rzęsy, pierwszą rzeczą, jaką zobaczył, była tłusta właścicielka barki, która pokładając się ze śmiechu, spoglądała na niego znad steru. Ropuch, kaszląc i dusząc się, poprzysiągł sobie, że jej odpłaci z nawiązką.

Skierował się ku wybrzeżu, lecz perkalowa suknia bardzo mu w tym przeszkadzała, a gdy wreszcie dopłynął do lądu, było mu ciężko wdrapać się bez niczyjej pomocy na stromy brzeg. Musiał odpocząć parę minut, aby zaczerpnąć tchu, a potem zebrawszy w obie ręce mokre spódnice, zaczął biec za barką, ile siły w łapkach, nie posiadając się z gniewu i łaknąc zemsty.

Właścicielka barki śmiała się jeszcze, gdy ją doścignął.

— Wymagluj się, ty praczko! — zawołała. — Odprasuj sobie twarz i uplisuj ją, będziesz mogła wówczas uchodzić za wcale przystojnego Ropucha!

Ropuch nie raczył odpowiedzieć. Łaknął krwawej zemsty, nie zaś tanich słownych triumfów, choć miał na końcu języka kilka wyrazów, które byłby chętnie wypowiedział. Widział przed sobą to, o co mu chodziło. Biegnąc szybko, dogonił konia, odwiązał i odrzucił linę, skoczył lekko na grzbiet szkapy i zmusił ją do galopu silnym kopaniem po bokach. Porzucił ścieżkę holowniczą i zwrócił konia na dróżkę o głębokich koleinach, kierując się w głąb lądu. Raz się tylko obejrzał i zobaczył, że barka ugrzęzła po drugiej stronie kanału, a jej właścicielka wymachuje rozpaczliwie rękami i krzyczy:

— Stój! Stój! Stój!

— Znam tę piosenkę, nie pierwszy raz ją słyszę — roześmiał się Ropuch, dodając koniowi „ostrogi” w pełnym galopie.

Szkapa nie była zdolna do dłuższego wysiłku i galop jej przeszedł niebawem w kłus, a kłus w stęp, lecz Ropucha to nie martwiło. Wiedział, że w każdym razie posuwa się naprzód, a barka stoi w miejscu. Złość przeszła mu teraz, kiedy dokonał czynu prawdziwie w jego mniemaniu mądrego. Przyjemnie mu było jechać w słońcu, korzystając ze ścieżek i polnych drożyn; usiłował zapomnieć, że już dużo czasu upłynęło od chwili, gdy spożył ostatni porządny posiłek. Kanał zostawił bardzo daleko za sobą.

W ten sposób oboje ze szkapą ujechali kilka mil i Ropuch drzemał w gorącym słońcu. Wtem koń stanął, pochylił łeb i zaczął skubać trawę. Ropuch, budząc się nagle, omal nie spadł na ziemię. Rozejrzawszy się wkoło, spostrzegł, że dojechali do rozległego pastwiska, usianego jak okiem sięgnąć krzakami paproci i cierni. Niedaleko stał odrapany cygański wóz, a obok na odwróconym ceberku siedział człowiek bardzo zajęty paleniem i zapatrzony w szeroki świat. Opodal płonęło ognisko, nad ogniem wisiał żelazny kocioł, a z kotła wydobywało się perkotanie i bulgotanie, i nieokreślona, lecz obiecująca para. Dochodziły stamtąd różnorodne zapachy — gorące i smakowite, zapachy kręciły się i wiły, aż wreszcie splotły się w jedną, znakomitą, rozkoszną woń, która zdawała się wcieleniem duszy przyrody, objawionej swym dzieciom, przyrody, matki dosytu i zadowolenia. Ropuch przekonał się teraz, że nigdy dotychczas nie był naprawdę głodny. To, czego doznawał z rana, było zaledwie lekką czczością. Dopiero teraz przyszedł prawdziwy głód, który należało szybko zaspokoić, gdyż mogło się to źle skończyć dla kogoś czy dla czegoś. Obejrzał dokładnie Cygana, zastanawiając się, co łatwiej przyjdzie: zwalczyć go czy też ugłaskać. Siedział więc Ropuch, węszył i wciągał zapach, i patrzył na Cygana, Cygan zaś siedział i palił, i patrzył na Ropucha.

Po chwili Cygan wyjął z ust fajkę i spytał od niechcenia: