— Chce pani sprzedać tego konia?
Ropuch był zaskoczony. Nie wiedział, że Cyganie bardzo lubią handlować końmi i nie ominą po temu żadnej sposobności. Nie zastanowił się, że wozy cygańskie są w ciągłym ruchu i potrzebują kogoś, kto by je ciągnął. Nie przyszło mu na myśl wymienić konia na pieniądze, lecz propozycja Cygana zdawała się torować drogę ku dwóm rzeczom niezmiernie mu potrzebnym: ku pieniądzom i porządnemu śniadaniu.
— Co? — zapytał. — Ja mam sprzedać mego ślicznego, młodego konia? O nie, to wykluczone! A kto by co tydzień rozwoził bieliznę moim klientom? Przy tym zanadto się do niego przywiązałam, a on po prostu za mną przepada.
— Niech pani spróbuje przywiązać się do osła — podsunął Cygan. — To się zdarza u ludzi.
— Chyba nie widzicie — ciągnął dalej Ropuch — że ten mój piękny rumak jest dla was w ogóle za wspaniały. To koń pełnej krwi. Tak, tak, częściowo pełnej krwi. Ta szlachetna krew nie płynie oczywiście z tej strony, z której go teraz oglądacie, tylko z innej. To koń, który w swoim czasie otrzymywał nagrody na wyścigach, nie znaliście go wówczas, pewno, ale to widać na pierwszy rzut oka, jeżeli ktoś zna się cokolwiek na koniach. Nie, ani mi w głowie go sprzedawać. Powiedzcie jednak, ile moglibyście mi ofiarować za tego prześlicznego, młodego wierzchowca?
Cygan obejrzał konia, a potem z równą uwagę przyjrzał się Ropuchowi i znów spojrzał na konia.
— Szylinga od nogi — rzekł krótko i odwrócił się, paląc w dalszym ciągu i przyglądając się bacznie widokowi przed sobą, jakby go nic innego nie obchodziło.
— Szylinga od nogi! — wykrzyknął Ropuch. — Zaraz, poczekajcie chwilę, muszę się zastanowić, ile to wyniesie.
Zlazł z konia, puścił go na pastwisko, usiadł obok Cygana i liczył na palcach, a wreszcie powiedział:
— Szylinga od nogi? Przecież to wynosi równe cztery szylingi, nie więcej. O nie! Ani myślę zgodzić się na cztery szylingi za tego pięknego, młodego konia.