Nie odpowiedziałem, upokorzmy i zmieszany, patrzyłem na nią tylko. Wszystko zniweczyłem sam! Nie robiła sobie nic z tego, że odchodzę, stracona była dla mnie na zawsze, chciałem jej przeto na pożegnanie powiedzieć coś ważkiego, głębokiego, co by ją dotknęło i zaimponowało jej. Wbrew temu jednak zacząłem mówić o rzeczach błahych, ważkie słowo nie jawiło się, zostałem oszukany, na ustach miałem jeno zwroty krasomówcze i wiedzę książkową.
Spytałem, czemu mi nie każe wprost iść precz. Po cóż się krępować? Miast wspominać o powrocie służącej, stokroć lepiej rzec: „Zmykaj pan, bo muszę teraz iść po matkę, a nie chcę się z tobą pokazywać na ulicy!”. Wszakże to miała na myśli... zaraz to przeczułem! Niewiele trzeba, by mnie wprowadzić na ślad. Samo pochwycenie płaszcza i porzucenie go przekonało mnie dostatecznie. Jestem, jako się rzekło, często jasnowidzącym, ale niekoniecznie muszę jeszcze przez to być wariatem!...
— Ależ na miłość boską! — zawołała. — Niech mi pan przebaczy to słowo! Wymknęło się mimo woli!... — Tak mówiła, nie zbliżając się jednak do mnie.
Pozostałem niewzruszony i plotłem dalej, czując, że ją nudzę, że nie trafia do niej żadne słowo, a mimo to gadałem dalej. Powiedziałem, że można mieć delikatność odczuwania, nie będąc wariatem, że są natury delikatne, żyjące subtelnością, a umierające od brutalnego słowa. Dałem jej do zrozumienia, że jestem takim właśnie człowiekiem. Ubóstwo wyostrza pewne właściwości duszy oraz doprowadza do utrapień, które właśnie muszę znosić. Ale pomaga również w niektórych sytuacjach. Inteligent biedny jest lepszym obserwatorem od bogatego. Biedak musi na każdym kroku śledzić podejrzliwie słowa ludzkie, toteż jego uczucia i myśli pracują dzielniej, jego słuch i odczuwanie doskonali się; nabywa doświadczenia za cenę ran, jakie odnosi jego dusza...
Mówiłem szeroko o tych ranach, a ona niepokoiła się coraz więcej. W końcu zaczęła powtarzać rozpaczliwie: „O Boże! O Boże!” i załamywać ręce.
Dręczyłem ją, nie chciałem tego czynić, a czyniłem. W końcu uznałem, żem pokrótce powiedział, co trzeba, i dostrzegłszy jej przerażone spojrzenie, zawołałem:
— Już idę! Wszakże trzymam dłoń na klamce. Żegnam panią, żegnam! Może mi pani przecież odpowiedzieć, gdyż mówię to dwukrotnie i gotów jestem do odejścia. Nie domagam się nawet ponownego widzenia, jeśliby miało to panią dręczyć. Ale mów, czemuś nie zostawiła mnie w spokoju? Cóżem był winien, nie zawadzałem pani wszakże! Dlaczegóż to teraz odwraca się pani nagle jak od nieznajomego? Obrabowałaś mnie do reszty z wszystkiego i moja nędza nie ma teraz granic! Na miły Bóg, nie jestem szalony! Sama pani po namyśle przyzna, że mi nic nie brakuje. Niech pani podejdzie i poda mi dłoń albo pozwoli się zbliżyć. Nie uczynię nic złego, na moment klęknę tylko przed panią... czy wolno? Nie, nie uczynię tego, jeśli się boisz... słyszy pani? Nie bójże się tak, na miłość boską!... Widzisz przecie, że stoję spokojnie! Byłbym jeno klęknął na dywanie, tam na tej czerwonej plamie u pani nóg. Ale bałaś się, poznałem to po oczach, więc zaniechałem. Nie ruszyłem się z miejsca, prosząc o to... nieprawdaż? Nie pokazałem nawet palcem na ten czerwony punkt, na różę na dywanie, skinąłem jeno głową... ot tak... Pani wie, o której róży mówię, ale boisz się i nie chcesz, bym się zbliżył. Nie pojmuję, jak mogłaś tak bezlitośnie nazwać mnie wariatem. Wszakże sama w to nie wierzysz... prawda? Pewnego razu w lecie, dawno już temu, byłem trochę szalony, pracowałem ciężko i ile razy zamyśliłem się zanadto, zapominałem o porze obiadowej. Trwało to dzień w dzień, powinienem był pamiętać, a ciągle zapominałem. To prawda, jak Bóg na niebie! Niech się nie ruszę z tego miejsca, jeśli kłamię! Nie miała pani racji, pogardzając mną, bowiem nie czyniłem tego z nędzy. Mam kredyt, znaczny kredyt u Ingebreta i Grawesena, często miewam też dużo pieniędzy i jedynie przez zapomnienie nie kupuję jedzenia. A pani nie mówi nic, nie odpowiada, nie rusza się od kominka? Pani czeka, bym sobie poszedł?
Zbliżyła się szybko. Wyciągnęła rękę i spojrzała podejrzliwie. Czy jej to przyszło lekko, czy może uczyniła tak, by się mnie pozbyć? Otoczyła mnie ramieniem, a oczy jej napełniły się łzami. Stałem patrząc. Podała mi usta, ja zaś wiedziałem na pewno, że jest to jeno ofiara, środek zakończenia wszystkiego.
Powiedziała coś, co brzmiało jakby: „Mimo wszystko kocham cię!”, ale powiedziała to tak cicho i niewyraźnie, żem się mógł przesłyszeć. Przycisnęła mi się silnie do piersi, zarzuciła oba ramiona na szyję, stanęła nawet na palcach, by lepiej sięgnąć, i czekała.
Pełen obawy, że zmusza się do tych objawów czułości, rzekłem tylko: