— Nie, proszę zbadać poszczególne pozycje... — odparła. — Nie może wynosić tyle, jestem pewna.

Zacząłem badać pozycje: dwa chleby po dwadzieścia pięć, szkiełko do lampy — osiemnaście, mydło — dwadzieścia, masło — trzydzieści dwa... Nie trzeba było nader bystrego umysłu, by przerachować ten kramarski wykaz bez żadnych zawikłań, ale chociaż czyniłem, co mogłem, nie potrafiłem znaleźć omyłki. Po kilku minutach zaczęło mi wszystko tańczyć w głowie, pomieszałem „winien” i „ma” i wreszcie utknąłem na pozycji: trzy i pięć szesnastek funta sera po szesnaście. Mózg mój odmówił zupełnie służby, patrzyłem głupawo na ów ser i nie wiedziałem, co robić. Powiedziałem tedy:

— Tu jest napisane pięć szesnastek funta sera. Na miły Bóg, czy ktoś widział coś takiego? O, proszę, niechże pani sama zobaczy!

— Tak — powiedziała gospodyni — tak się zazwyczaj pisze! Pięć szesnastek, czyli pięć łutów60.

— Aha! Rozumiem teraz! — zawołałem, chociaż naprawdę nie rozumiałem nic a nic.

Zabrałem się ponownie do rachunku, który przed kilku miesiącami byłbym zliczył w minucie. Pociłem się, myślałem ze wszystkich sił nad tą tajemniczą liczbą, mrugałem oczyma, jakbym głęboko rozmyślał, ale w końcu zrezygnowałem. Tych pięć łutów dobiło mnie, czułem, że mi coś pęka w czole.

By jednak wywołać wrażenie, że pracuję dalej, ruszałem wargami, głośno powtarzałem liczby oraz przesuwałem ołówkiem, jakbym się zbliżał do rozwiązania. Gospodyni czekała, aż w końcu powiedziałem:

— Przeszedłem wszystko od początku do końca i widzę, że nie ma żadnej pomyłki.

— Nie ma? — spytała. — Naprawdę nie ma? — ale czułem, że mi nie dowierza. W tonie jej słów zauważyłem coś jakby lekceważenie czy oschłość niebywałą przedtem. Powiedziała, że widać nie nawykłem liczyć szesnastkami, i dodała, że musi znaleźć kogoś znającego się na liczeniu, bo rachunek jest fałszywy. Nie chciała mnie zawstydzać, ale raczej mówiła z namysłem i powagą. Doszedłszy do drzwi, powiedziała:

— Przepraszam, żem panu zajęła czas!