Poszła.

Zaraz jednak otwarły się drzwi i weszła znowu. Nie mogła dojść nawet do końca korytarza, nim zawróciła.

— Zapomniałam... Proszę mi nie brać tego za złe, ale należy mi się coś od pana. Wczoraj minęły trzy tygodnie od czasu pańskiego przybycia. Niełatwa to rzecz utrzymać tak liczną rodzinę, toteż niestety nie mogę nikomu dawać mieszkania na kredyt...

Przerwałem jej, mówiąc, że piszę artykuł, o którym przedtem już opowiadałem, a gdy go tylko skończę, otrzyma pieniądze.

— Ale pan nigdy nie skończy!

— Tak pani sądzi? O nie! Natchnienie może przyjść jutro albo nawet dzisiaj jeszcze. Nie jest wykluczone, że się zjawi w nocy, a wówczas wszystko będzie gotowe za kwadrans. Widzi pani, robota moja różni się od pracy innych ludzi. Nie mogę siąść i odrobić codziennie pewnej ilości wierszy. Muszę wyczekiwać chwili, a nikt nie wie, kiedy się zjawi natchnienie... nikt tego nie wie...

Gospodyni wyszła, ale zaufanie jej było silnie podkopane.

Zostawszy sam, skoczyłem z krzesła i zacząłem sobie wyrywać z rozpaczy włosy. Nie było dla mnie ratunku! Mój mózg zbankrutował! Czyż stałem się idiotą, który nie potrafi wyliczyć ceny kawałka sera? Nie... nie... mam rozum, skoro sam sobie zadaję tego rodzaju pytanie. Wszakże podczas rachowania spostrzegłem też najwyraźniej, że moja gospodyni jest w ciąży. Nie wiedziałem o tym poprzednio, nikt mi nie powiedział, ale zaobserwowałem wszystko najdokładniej sam podczas fatalnego boju z szesnastkami. Jakże sobie przeto wyjaśnić to wszystko?

Przystąpiłem do okna wychodzącego na Wognmandsgade. Na nędznej ulicy bawiło się kilkoro nędznie odzianych dzieci. Rzucały do siebie pustą flaszką i wrzeszczały. Powoli toczył się wóz meblowy. Była to zapewne jakaś wypędzona rodzina, bo czas normalnej przeprowadzki dawno minął. Przyszło mi to zaraz do głowy. Na wozie leżała pościel i meble: zżarte przez robactwo łóżka, komody, czerwone trójnogie stołki, maty, start żelastwo i blacha. Na wierzchu siedziała dziewczynka, dziecko niemal jeszcze, z zasmarkanym nosem i trzymała się posiniałymi rękami, by nie spaść. Siedziała na kupie obrzydliwych, mokrych materaców i spoglądała na malców rzucających flaszką...

Wszystko widziałem i rozumiałem bez żadnego trudu. Patrząc w ulicę, posłyszałem śpiew mej gospodyni w kuchni, przylegającej do mego pokoju.