Nie uszło mej baczności nic, najdrobniejszy nawet szczegół. Śledziłem wszystko czujnie, wchłaniałem każdą okoliczność i rozmyślałem o nich po kolei. Rozum mój funkcjonował tedy zupełnie należycie.
— Słuchaj no — powiedziałem nagle do siebie — dość już długo łazisz, trapiąc się swym głupim rozumem, dość tych błazeństw! Czyż może być wariatem ten, kto obserwuje wszystko i dostrzega tak dobrze jak ty? Śmiać mi się chce z ciebie, jesteś komiczny chłop! Koniec końcem wiedz, że nieraz najmędrszy zasypie się61 w nader prostej sprawie. Ale to po prostu przypadek. Toteż śmiech mnie zbiera, gdy pomyślę o tym kramarskim rachunku, tych marnych pięciu szesnastych sera, i to sera biedaków, z pieprzem i goździkami... Ach, taki durny ser największego mądralę wprawiłby w zakłopotanie... — Tak gadałem do siebie i drwiłem na potęgę z biednego sera. — Inaczej byłoby, gdyby mi dano coś przyzwoitego do jedzenia... na przykład... pięć szesnastek deserowego masła!
Śmiałem się kurczowo z własnych dowcipów, poweselałem i nabrałem pewności, że wszystko będzie w porządku.
Moja wesołość rosła wraz z gadaniną i wędrowaniem po pokoju. Rechotałem coraz głośniej i zaraz okazało się dowodnie, iż umysł mój potrzebował tej jednej chwili swobody i odpoczynku po troskach, by zaraz odzyskać swą sprężystość i zdolność do pracy.
Siadłem do mej alegorii i pisanie poszło mi wybornie... Komponowałem, jak dawno się nie zdarzyło, wprawdzie nie prędko, ale to, com stworzył, sam musiałem uznać za doskonałe.
Doszedłem do ważnego punktu w alegorii o pożarze w księgarni. Wydał mi się sprawą najważniejszą z całości. To nie paliły się książki, ale mózgi ludzkie. Umyśliłem rzecz ująć głęboko i urządzić z tymi płonącymi mózgami istną noc św. Bartłomieja62. Nagle otwarto porywczo drzwi i zjawiła się gospodyni. Bez namysłu podeszła na środek pokoju.
Wydałem chrypliwy okrzyk, jakby spadł na mnie cios.
— Co? — spytała. — Pan coś zdaje się powiedział! Przybył gość i musimy mu oddać ten pokój. Może się pan dzisiaj przespać u nas na dole. Dostanie pan nawet osobne łóżko! — Tak powiedziała i zanim jeszcze zdobyłem się na odpowiedź, zaczęła zbierać i mieszać moje papiery.
Znikł cały wesoły nastrój. Rozgniewany, zrozpaczony wstałem i w milczeniu patrzyłem, jak gospodaruje. W końcu podała mi papiery.
Nie było rady, musiałem opuścić pokój, a w dodatku przepadł tak cenny moment! Już na schodach spotkałem nowego gościa. Był to człowiek młody, z wielkimi kotwicami wytatuowanymi niebiesko na wierzchach dłoni, a za nim szedł posługacz z wielką skrzynią okrętową na plecach. Przybysz był widocznie marynarzem, a więc przejezdnym na jedną noc tylko, nie mógł tedy długo zagrażać memu pokojowi. Może już jutro po jego odjeździe schwycę znów szczęśliwą chwilę. Do końca dzieła brakło najwyżej pięciu minut natchnienia. Trzeba się było pogodzić z losem.