Nie widziałem dotąd mieszkania moich gospodarzy, to jest jednej, jedynej stancji, gdzie dzień i noc przebywał mąż, żona, ojciec żony i czworo dzieci. Posługaczka spała w kuchni. Z wielką odrazą zapukałem do drzwi. Nikt nie odpowiedział, ale z wnętrza dolatywały głosy.
Gdym wszedł, gospodarz nie rzekł słowa, nie oddał mi pozdrowienia, spojrzał jeno obojętnie, jakbym go nic nie obchodził. Grał w karty z pewnym człowiekiem, przezwanym „Szybką”, którego widziałem już w porcie. Niemowlę leżało na łóżku, gaworząc ze sobą, a ojciec gospodyni siedział na pryczy z głową opartą na rękach, pochylony, tak jakby go bolały piersi lub brzuch. Był niemal siwy i w tej skurczonej pozycji przypominał zaczajone zwierzę, co siedzi, strzygąc uszami.
— Niestety, muszę prosić o nocleg na dziś... — powiedziałem do gospodarza.
— Czy tak mówiła moja żona? — spytał.
— Tak jest, kto inny dostał mój pokój.
Nic nie rzekł i grał dalej.
Siedział tak dzień za dniem, grając z każdym, kto przybył, o nic, byle tylko zabić czas i czymś zatrudnić ręce. Poza tym nie robił nic, a ruszał się tyle jeno, by przeciągnąć leniwe członki.
Za to żona biegała tam i z powrotem po schodach, krzątała się po wszystkich kątach, była wszędzie obecna i czyniła wysiłki, by zwabić przyjezdnych. Była nawet w porozumieniu z robotnikami i posługaczami portowymi, płacąc pewne honorarium za każdego sprowadzonego gościa, a ponadto nocując ich, gdy chcieli. Właśnie dziś „Szybka” nastręczył jej lokatora.
Zjawiło się dwoje dzieci, dwie dziewczynki chude, piegowate, o twarzach ulicznic i w nędznej odzieży. Niedługo potem przyszła też gospodyni.
Spytałem, gdzie mnie pomieści na noc, a ona odparła, że mogę spać w izbie razem ze wszystkimi albo, jeśli wolę, w przedpokoju na ławie. Mówiąc to, krzątała się po izbie, grzebała w różnych rzeczach, porządkowała je, a na mnie nie patrzyła wcale.