Znajomy obrócił się także, spostrzegł parę i pozdrowił przechodzących oczyma. Ja nie pozdrowiłem ich wcale... a może zrobiłem to zupełnie mechanicznie. Czerwona suknia przesunęła się dalej ulicą Karola Jana i znikła.

— Któż to z nią szedł? — spytał znajomy.

— „Książę”, czyż go pan nie poznał? Lekarz tak zwany. Czy pan zna ową damę?

— Trochę. A pan jej nie zna?

— Nie! — odrzekłem.

— Czemuż skłonił się pan tak nisko?

— Czyż możliwe? Kłaniałem się?

— Oczywiście! — zawołał znajomy. — Dziwna rzecz! Przez cały czas nie odwracała od pana oczu.

— Skąd pan ją zna? — spytałem.

Nie znał jej właściwie. Rzecz miała miejsce pewnego wieczoru w jesieni. Wyszli we trzech z „Grandu” w wesołym usposobieniu, spotkali ją późną godziną w pobliżu Kammermeyera i zagadnęli. Zrazu zachowywała się opornie. Ale jeden z nich, dziarski, na wszystko gotowy młodzik, spytał wprost, czy pozwoli się odprowadzić do domu, zaręczając, że jak jest napisane, włos jej z głowy nie spadnie. Chciał się tylko przekonać, czy bezpiecznie zajdzie do domu, gdyż inaczej nie mógłby spać przez całą noc. Mówił o różnych rzeczach, szli razem, przedstawił się jako fotograf Waldemar Altertag i w końcu doprowadził ją swoją junakierią63 i obojętnością na chłodne jej zachowanie do uśmiechu. Pozwoliła się odprowadzić.