— O nie, to się skończyło. Nie mogłem się z nim zgodzić. Rozeszliśmy się.

— Z jakiegoż powodu?

— Napisałem raz coś fałszywie...

— Sfałszował pan?

Jak to? On myślał, żem sfałszował księgi handlowe! Obrażony nie odrzekłem nic, a znajomy jął mnie pocieszać:

— To nic! To się może przydarzyć najporządniejszemu człowiekowi! — Był pewny, żem sfałszował.

— Cóż się to może przydarzyć najporządniejszemu... ha? — spytałem. — Niech no pan słucha... Sądzi pan tedy, że byłbym zdolny do takiej nikczemności?...

— Wszakże pan sam to mówił...

Podniosłem dumnie głowę, odwróciłem się od niego i spojrzałem w ulicę. Zauważyłem czerwoną suknię. Jakaś dama szła przy boku mężczyzny w moją stronę. Gdyby nie znajomy i jego obraźliwe przypuszczenie, byłbym się nie obejrzał i czerwona suknia minęłaby mnie niepostrzeżenie. Cóż mnie to w gruncie rzeczy obchodziło? Mogła sobie mieć tę suknię nawet dama dworu, Naglowa.

Znajomy mówił, starając się naprawić swój błąd, ja zaś nie słuchałem, zapatrzony w zbliżającą się czerwoną sukienkę. Byłem wzburzony, czułem lekkie ukłucie w piersiach i nie otwierając ust, szepnąłem w myśli: „Ylajali!”.